Żółty kajaczek

Przeczytano: 1 057 razy
Żółty_kajaczek

Żółty_kajaczekJeszcze tylko jedno uderzenie wioseł o wodę i dosyć – pomyślała i po ostatnim zamachu oparła wiosło poziomo o burty kajaczka.

Rozejrzała się dookoła. Po jej lewej stronie rósł piękny zielony las, a przy brzegu pełno było tych potwornych chaszczy wystających z wody. To było coś co w jej opinii dyskwalifikowało każdą plaże. Tak do kąpieli jak i do opalania. Na samą myśl o wejściu pomiędzy to paskudztwo dostawała dreszczy, a i opalać się ciężko gdy człowiek cały czas myśli o tym co może wyleźć z tych trzcin i obleźć nieświadomą niczego ofiarę. Na szczęście nie zamierzała tu przybijać do brzegu ani pływać. A do opalania wcale nie musiała opuszczać swojego żółtego kajaczka, który tymczasem pozbawiony napędu zatrzymał się i rozpoczął monotonny taniec w takt rytmu delikatnych fal. To była prawdziwa sielanka, woda kołysała, leciutki wiaterek chłodził jej rozgrzaną od słońca skórę, a samo słońce delikatnie muskało jej nagie ramiona, odsłonięte nogi oraz pomarańczowy kapok.
– Rany boskie, kapok – wrzasnęła w myślach – no ale bym się urządziła, pierwsza idiotka opalająca się we wzorek kapoka.
Nie tracąc czasu, rozpięła sprzączki kapoka, zdjęła go z siebie i rzuciła na przód kajaczka, w to miejsce gdzie zazwyczaj stoi kałuża paskudnie wyglądającej wody. Została teraz w samych spodenkach, oraz górnej części pomarańczowego bikini.
– Aha! Następny pomarańczowy zasłaniacz słońca – powiedziała do bikini. Sprawnym ruchem rozwiązała supełek spajający obie jego części i zawiesiła na opartym przed nią wiośle. Zastanawiała się czy może rzucić go na pomarańczowy kapok i niech tam sobie pomarańczowi zasłaniacze razem siedzą. Ale doszła do wniosku, że woli go mieć pod ręką, w razie gdyby się ktoś przyplątał.

Oparła się wygodnie o bardzo niewygodne oparcie kajaczka, wyciągnęła nogi przed siebie, tak by cień wiosła padał na kuse spodenki a nie na skórę. Pomyślała chwilę i spodenki podzieliły los bikini. Teraz całkiem już naga rozciągnęła się w kajaczku.

Dryfowała tak sobie, rozmyślając o tym jaki miała świetny pomysł by zostawić na brzegu męża z synem i urządzić sobie samotną wycieczkę po jeziorze. Była więcej niż pewna, że należy jej się czasem od życia chwilka dla siebie. Można się odprężyć, tak po prostu zamknąć oczy i pozwolić by woda kołysała, wiatr wiał, słońce opalało, w pobliskim lesie świergoliły ptaki, a odgłos łodzi motorowej narastał z każdą sekundą.

– Ohh, i to jest to – pomyślała
– Motorówka! – Tym razem wrzasnęła. Najwyraźniej warkot silnika, przebił się przez pancerz sielankowego nastroju.

Postępując z wrodzonymi każdej prawdziwej kobiecie Ogólnymi Zasadami Całkowitej Paniki, niemal podskoczyła w miejscu. Dało to natychmiastowy efekt w postaci potrącenia wiosła nogami, co wysłało je wprost za burtę. Razem z zawieszonym na nim biustonoszem i gatkami. Rzuciła się na ratunek tak potrzebnej jej teraz garderobie. Wiosło unosiło się na wodzie jakieś pół metra od kajaczka. Bikini i spodenki, kurczowo trzymały się metalowej części. Przechyliła się przez lewą burtę, starając się dosięgnąć topielców. Niestety cały ten zestaw najwyraźniej postanowił wybrać się we własny rejs i nieubłaganie oddalał się od swojej właścicielki. Właścicielka natomiast nie chciała dać tak łatwo za wygraną i coraz bardziej wychylała się z kajaczka, przez co jej naga pupa unosiła się wyżej i wyżej. Aż w końcu stało się.

– DUPA! – usłyszała donośny wrzask.

Natychmiast porzuciła myśl o garderobie i pacnęła nagim tyłkiem o dno kajaczka. Spojrzała w kierunku z którego dobiegł wiele mówiący okrzyk. Jakieś sto metrów od niej płynęła biała motorówka. Na jej pokładzie zobaczyła trzech facetów. Jeden prowadził łódź, drugi walcząc z falami usiłował wypić coś z butelki, trzeci natomiast szarpał tego pierwszego za koszulkę jedną ręką, a drugą, w której trzymał butelkę, wskazywał w jej kierunku. Sternik najwyraźniej zrozumiał aluzję, albowiem motorówka zaczęła zataczać łuk i zbliżać się do jej kajaczka.

– Pieprzony odkrywca! – syknęła. Uklękła na dnie kajaka chwyciła leżący w zęzie kapok i starała się za nim całkowicie schować.

Tymczasem, łódź zbliżyła się na odległość paru metrów. Silnik zamilkł. Schowana za kapoczkiem obserwowała przybyszy. Wszyscy trzej wyglądali na bywalców siłowni, właściwie to wyglądali jakby się w tej siłowni urodzili, mieszkali i żywili koksem wyssanym z bicepsa matki.

– Noo, witamy, witamy! – Powiedział ten, który wcześniej szarpał sternika. Oparł się o burtę łodzi i uśmiechnął obleśnie – wołałaś nas świnka? – wybuchnął śmiechem, pozostali również docenili dowcip. A ten, który wcześniej usiłował pić mimo fal, teraz niemal udławił się piwem z radości.

– Wynoście się stąd! – fuknęła. Była poważnie wściekła na całą tą sytuacje. Dodatkowo ten typ homo sapiens, który tu do niej podpłynął w ilości sztuk trzech, był czymś czym pogardzała z całego serca. Zawsze unikała takich typów, a teraz siedzi nago przed trzema takimi. Koszmar.

– Ej, nie bądź taka ostra. – zasugerował ten, który dławił się piwem jeszcze przed chwilą. Najwyraźniej zauważył, pływające w okolicy wiosło, klepnął sternika w ramie i wskazał mu je.

– O! Hehe widzę, że masz laska problem z napędem. – zawołał sternik. Widać, ze nie bez powodu on sterował motorówką, najwyraźniej był naprawdę bystry – Chłopaki, pomożemy dupci z napędem? – zaproponował.

– Jacha! – zawołał odkrywca. Chwycił linę pałętającą się po pokładzie, przechylił się mocno przez burtę i przywiązał ją do knagi na dziobie kajaczka. Drugi koniec przywiązał do motorówki – no to laska se popływamy! Dawaj Wonski! – po ostatnich słowach klepnął sternika. ten skręcił kołem sterowym i dodał gazu.





Napięta lina szarpnęła kajaczkiem, siła bezwładności rzuciła ją na plecy. Kapok wyfrunął za burtę a ona sama dosłownie nakryła się nogami, prezentując swoim porywaczom widok, który ci natychmiast docenili głośnymi gwizdami i śmiechem. Kajak przyspieszał coraz bardziej, dodatkowo krótka lina trzymała go bardzo blisko silnika motorówki. Nic prawie nie widziała, całe jej ciało było poddawane poziomemu, zimnemu prysznicowi. Kajaczek podskakiwał w kilwaterze motorówki, przez co musiała kurczowo trzymać się burt. Dzięki temu jej oprawcy mogli podziwiać ją w pełnej krasie.

– Przeeestańcie! Wy BUCE! – starała się przekrzyczeć ryk silnika. – Zadzwonię po POLICJE!!

Przejażdżka trwała jakąś chwile i gdy myślała już, że będą tak pływać aż do wyczerpania paliwa, motorówka zaczęła zwalniać i skręcać w kierunku brzegu. Woda przestała zalewać jej oczy i zobaczyła, że wpływają do małej zatoczki. Nie widziała jej pływając wcześniej w tej okolicy. Ale nic dziwnego, wejście do zatoki zagradzały tak znienawidzone przez nią trzciny, a dalej rósł las. Ktoś kto nie wiedział czego szuka miałby poważne problemy z trafieniem w to miejsce.

Gdy motorówka zbliżyła się to zapory z trzcin, jeden z porywaczy podniósł silnik, by nie zaplątał się w chaszcze. Dwaj pozostali chwycili za pagaje i zaczęli wiosłować. Łódź przepłynęła przez zaporę i wciągnęła za sobą kajak. Przez parę sekund znajdowała się pośród tych paskudnych trzcin. Skuliła się na dnie kajaka.

– Dlaczego ile razy chce się poopalać takie gówno mi się zdarza!? – pomyślała.

Za sobą miała mur straszliwych, pełnych pijawek, raków i nie wiadomo czego tam jeszcze. Przed sobą natomiast, trzech drani w motorówce. Dranie zmierzali do brzegu, z którego wyrastał niewielki pomost. Kilka metrów za pomostem dostrzegła mały domek, a właściwie coś co skojarzyło jej się z chatką Baby Jagi, z tym, że ta wersja pozbawiona była fundamentu z kurzej nóżki i wyglądała jakby miała zawalić się pod ciężarem własnego wieku, oraz korników ją zamieszkujących. Sytuację oceniła na wybitnie nieciekawą, sama w kajaczku, na golasa. Dookoła las, zatoczka niewidzialna z jeziora. Jakaś stara zapomniana rudera i trzech drani na dokładkę. Dranie nie wyglądali na takich, którzy mogliby nie wykorzystać tej sytuacji i to wykorzystać tak, by zapamiętała tę okolice do końca życia.

– Trzeba wiać! Pieprzyć raki, pijawki czy inne bobry czające się w trzcinach zagradzających drogę do jeziora. – pomyślała. Jeżeli będzie trzeba była gotowa przepłynąć jezioro wpław. Pływała całkiem nieźle a strach, którego macki właśnie zaczęły pełzać jej po plecach dodawał sił.

Wyskoczyła z kajaczka i ile sił w ramionach i nogach zaczęła płynąć w stronę zapory z trzcin. Co zrozumiałe nie oglądała się za siebie. Gdyby to zrobiła zobaczyłaby jak motorówka dobija do pomostu i dwóch drabów wyskakuje z niej na przystań. Trzeci natomiast, ściągnął z siebie koszulkę i spodenki, a następnie wskoczył do wody i rozpoczął pościg za swoją ofiarą. Parł do przodu jak torpeda, godziny spędzone na siłowni i tony koksu sprawiły, że był to pościg szczupaka za płotką. W paru szybkich ruchach mięśniak dopadł ją i chwycił za nogę.
Odwróciła się i rozpaczliwie zaczęła okładać swojego oprawcę na oślep. Wyrwała z uścisku nogę ale natychmiast poczuła wielką łapę zaciskającą się na jej blond włosach. Odwróciła się i z całych sił wbiła paznokcie w twarz swego prześladowcy. Kilka złamało się natychmiast, ale te które wytrzymały jej napędzany adrenaliną atak, rozorały policzek trzymającego ją mężczyzny. Ręka trzymająca jej włosy zadziałała niczym tłok i wepchnęła jej głowę pod wodę. Świat zawirował na zielono, nie spodziewała się takiego obrotu spraw i nie była przygotowana na nurkowanie. Wielki haust wody wlał się w jej płuca. Ręce zaprzestały walki z wrogiem i rozpoczęły szaleńczy taniec, niczym u złapanej na nóżki ćmy. Wszystko inne przestało być ważne, zalane wodą płuca domagały się tlenu. Walka dobiegła końca.

Osiłek wyciągnął jej głowę na powierzchnię i z dziką satysfakcją patrzył jak kaszle wypluwając wodę z płuc. Nie tracił czasu. Nie zamierzał czekać aż jego ofiara odzyska wolę walki. Chwycił ją pod pachę i zaczął wlec swą zdobycz do brzegu.

Czuła jak ją wlecze ale nie była w stanie stawiać żadnego oporu. Dalej wykasływała resztki wody z płuc, gdy poczuła, że jest wyciągana z wody. Jej oprawca wyciągnął ją na brzeg za włosy i rzucił twarzą na piasek pokrywający maleńki kawałek plaży.

– Ale mnie suka naratnęła – pożalił się stojącym obok kompanom. Przetarł dłonią krwawe bruzdy ofiarowane mu przez swą zdobycz.
– No fakt świnka była ostra – docenił jego wysiłki kompan. – ale pokazałeś cipce gdzie jej miejsce!
– Dopiero zaraz pokaże – z wściekłością w głosie odpowiedział poraniony.

Leżała słaba na piasku łapiąc oddech, przed oczami latały jej takie małe świetliki, które pojawiają się wtedy gdy zbyt wiele tlenu dociera do mózgu. Była szczęśliwa, że znów może oddychać. Lecz jej szczęście nie trwało zbyt długo. Na swoich włosach poczuła tę samą wielką rękę. Została uniesiona nad ziemie i rzucona na czworaka. Ręka przestała unosić ją i rzucać, teraz wtłoczyła jej twarz w piach. Nic nie widziała. Za to w tej pozycji jej pupa mogła podziwiać niebo. Lecz nie na długo. Tuż za nią usadowił się wściekły osiłek. Jedną ręką wgniatał jej twarz w piasek, w tym czasie palce drugiej ręki wbiły się w pomiędzy jej pośladki. Rozchyliły je z zadziwiającą wprawą i poczuła olbrzymi i twardy kształt dotykający jej ciasnej pupy.

– Posłuchaj mnie teraz gówniaro! – oto zapowiedział się łysy – poryłaś mi twarz i to co się teraz stanie jest ostrzeżeniem.

Olbrzymi członek zaczął wciskać się w jej pupę. Zawyła z bólu i do jej ust dostał się pokaźny ładunek piasku. Czuła jak żołądź toruje sobie drogę poprzez jej zwieracze. Pamiętała, że gdy robili to parę razy z mężem, ból był mniejszy gdy rozluźniała mięśnie. Zrobiła tak tym razem. Kutas wsunął się w nią na parę centymetrów i zatrzymał. Ból zniknął.

– Teraz jesteś moja! – usłyszała zza pleców. – I co ja powiem to zrobisz! Albo sprawy będą się miały naprawdę źle. Rozumiesz?!

To stwierdzenie zostało poparte wciśnięciem penisa głębiej w jej wypięty tyłek. Ręka puściła włosy i powędrowała na jej pośladek.

– Ahh – Wydała z siebie odgłos, który został przez jej mimowolnego kochanka odebrany jako potwierdzenie i akceptację.

Biodra mężczyzny zaczęły poruszać się szybciej i szybciej. Z każdym jego ruchem czuła jego penisa coraz głębiej w sobie. Po chwili takiego traktowania ból całkiem już ustąpił i nawet mogłoby jej się to podobać gdyby nie cała sytuacja i gdyby nie to, że wcale nie miała ochoty na takie przygody, z takimi facetami. Jej dłonie zacisnęły się na piasku, z ust wydobywały się jęknięcia, które najwyraźniej podniecały, uczącego ją posłuszeństwa oprawcę. Jeszcze kilka pchnięć i na swych rozciągniętych mięśniach ciasnej dziurki poczuła pulsowanie, zwiastujące rychły koniec jej kary.

– Rozumie świnka!? – wrzasnął rżnący ją facet. Gestem podpatrzonym w pornosach, strzelił ją w pośladek otwartą dłonią i eksplodował, wypełniając jej pupę gorącą spermą.

Stojąc na czworaka, z tyłkiem pełnym kutasa i spermy, zagryzła wargi i syknęła.

– Tak.
– Co, tak? – najwyraźniej odpowiedź musiała być nie tyle potwierdzająca uległość, co łechcząca męskie ego jej gwałciciela.
– Tak, rozumiem – jęknęła.
– Kto rozumie? – zapytał właściciel kutasa, właśnie flaczejącego w jej wypiętej pupie.

Nie miała wyjścia musiała brać udział w zabawie przygotowanej dla niej przez tych drani. Pomyślała, że może lepiej będzie poddać się fali i pozostać w jednym kawałku, niż walczyć i sprowadzić na siebie coś gorszego niż seksualne wykorzystanie.

– Świnka rozumie. – odpowiedziała. I poczuła jak całkiem już mały penis wyślizgnął się z jej tyłeczka.

Opadła na piasek. Jej oprawca wstał i podrapał się po przyrodzeniu.

– No chłopaki – zwrócił się do widowni – jak we więźniu. Hehe, teraz będzie grzeczniutka.
– No, stary aż miło było popatrzeć na mistrza przy pracy. – docenił ten który sterował łodzią. – I ja jestem następny w kolejce do naszej świnki, żeby była jasność!
– Luzior!. Mały, to jest całkiem dobra świnia i posłuży nam chwile. Teraz wniknijcie w te ruderę – to mówiąc wskazał drewnianą chatkę
– potrzeba nam żarcia, a i fajnie by było jakby się jakieś picie naruchało, co nie? Aha, weź Wonski kawałek linki i przywiąż te piczkę do czegoś, bo się nam przyda później.

Leżała na piasku, tuż obok niej leżała jej godność. Obie były mocno obolałe. Z tym, że pupa bolała chwilowo bardziej niż ego. Najbliższa przyszłość nie rysowała się zbyt ciekawie dla żadnej z nich. Najważniejsze to przeżyć. Zniesie wszystko co dla niej zgotują, byle tylko wydostać się z tego syfiastego pornocha. Spojrzała na trzech drani udających się do rudery. Jej wzrok przykuł dość dziwna rzecz tuż przy domku. Była to drewniana tablica przymocowana do wbitego w ziemie słupka. Na tablicy, czerwoną farbą wymalowany widniał napis: „UWAGA GUSTAW”

– Kto to kurwa mać jest Gustaw? I dlaczego uwaga?
– Że co mówiłeś, Mały? – Zapytał, ten który właśnie skończył się nad nią znęcać. Właśnie podchodził do zacumowanej motorówki, gdy dotarły do niego słowa kompana.
– No sam se Paluch zobacz, tu jest znak taki, no i na nim pisze „UWAGA GUSTAW” – odparł Mały
– Pewnie jakiś szwab, w życiu nie słyszałem, żeby się nazywać Gustaw – odparował poproszony o konsultację przywódca – pierdol Gustawa i jego znak. – to mówiąc wyciągnął z łodzi zwój linki i rzucił na plażę, tuż obok sponiewieranej dziewczyny.
– Wonski, zostaw matole ten słupek – rzucił ruszając wzdłuż pomostu. – bierz sznurek i wiąż świnie! Widziałeś jak pływa. A jak nam zwieje to ciebie wyrucham, wiesz, że mogę!

loading…



Polecenie było o tyle konieczne, że jego kompan dosyć dosłownie potraktował sugestie dotyczącą słupka. I właśnie usiłował wyrwać go z ziemi, stękając przy tym tak, że mógł z powodzeniem ubiegać się o prace jako podkładacz dubbingu do niemieckich filmów porno z lat siedemdziesiątych. Na szczęście Paluch miał to coś, co potrzebne było do zapanowania nad ludźmi. Nazywał to charyzmą. Wyczytał gdzieś, że dowódcy powinni „charakteryzować się charyzmą”, nie był do końca pewny co to właściwie znaczy, ale brzmiało na tyle skomplikowanie, że musiało być prawdą. Poza tym uważał, że ktoś na tyle cwany by ułożyć kolejno dwa słowa zaczynające się na „ch” musiał wiedzieć co robi. Stosowanie charyzmy było dziecinnie proste, wystarczyło komuś zagrozić urwaniem jaj, wybiciem zębów lub zerżnięciem dupy. Były to metody stosowane z powodzeniem podczas przygody Palucha z wymiarem sprawiedliwości i o dziwo, chociaż podpatrzył je w więzieniu, na wolności zdawały się działać równie dobrze.

– Dobra, już, spoko, luzik – Wonski błyskawicznie skończył molestować znak Gustawa i rzucił się w kierunku liny. Nie miał najmniejszej ochoty paść ofiarą charyzmy Palucha.

Tymczasem dwaj pozostali ruszyli w kierunku rudery. Z daleka wyglądała tak jakby zbudowano ją tu jakieś sto lat temu, ale zyskiwała przy bliższych oględzinach. Wykonana z drewnianych bali, pomalowanych na ciemno drewniany kolor. Najwyraźniej ktoś bardzo się starał, by nie przyciągała niczyjej uwagi. Podeszli do drzwi, które ustąpiły pod lekkim pchnięciem. Weszli do środka i otoczyła ich ciemność.

– Ja pierdole, gdzie jest kontakt – narzekał Mały klepiąc ręką w miejscach zazwyczaj zajmowanych przez włączniki świateł.
– Chuj to wie, pewnie wcale nie ma tu prądu. Otwórz okna – zauważył przywódca i wskazał na przeciwległą ścianę. Widać na niej było prostokątny kształt wyznaczany przez prześwitujące szczelinami światło.

Mały ruszył przez pomieszczenie, zrobił dwa kroki i wyrżnął przyrodzeniem w bardzo twardy przedmiot.

– Umpf, khuurww…..stół… – cicho jęknął, zwijając się w pół.

Tego właśnie spodziewał się Paluch, teraz gdy miejsce zostało wstępnie rozpracowane przez jego kolegę, sam dosyć pewnie ruszył przez izbę. Ominął opartego o stół i łapiącego oddech kompana. Podszedł do ściany i otworzył okiennice. Światło zalało pomieszczenie i odsłoniło zupełnie nieciekawy wystrój. Na środku stał stół, przy stole oparty stał łysy drab trzymający się za jądra, jego twarz sugerowała bardzo wysoki poziom skupienia, no albo bólu. Rzeczony drab stanowił właściwie jedyny interesujący element dekoracyjny domku. Puste ściany, drewniany stół, jedno krzesło oraz drewniane łóżko pod ścianą. I tyle.

– Ja pierdole ale chujnia – docenił Paluch. – Przestań drapać się po worze i chodź tu zobaczyć to kurestwo – to mówiąc pokazał palcem przez otwarte okno.

Z pewnymi oporami Mały porzucił stół i ruszył zobaczyć co też jego kolega uznał za interesujące za oknem. Podszedł do Palucha i zobaczył.

Za oknem stała najdziwniejsza budowla jaką obaj widzieli. Nie, żeby któryś z nich widział wiele budowli, lub kiedykolwiek zastanawiał się nad tym co widzi dłużej niż potrzeba na wymówienie słowa „zajebiste”, ale to co tu zobaczyli wymagało dłuższego komentarza.

– Ja pierdole – Mały docenił powagę obserwowanej konstrukcji.

No i nic dziwnego, każdy by docenił. Przed nimi na środku niewielkiego poletka piasku, znajdowało się małe bajoro, otoczone trzcinami i innymi roślinami. Samo w sobie bajoro nie było dość dziwne. Dziwne było to, że ktoś zadał sobie trud zbudowania dookoła bajora płotu z mocnych zbrojeniowych prętów. W płocie owym, pracowity ktoś zamontował furtkę wyposażoną w solidny skobel. A jakby tego wszystkiego było mało, najwyraźniej budowniczemu nie brakło zapału, ponieważ całą tę budowle zadaszył siatką, a dach pokrył szkłem.

– Szklarnia. – Zdecydował Mały – znam się na tym, wujo miał szklarnie, róże mu tam rosły. A jak Luśka podrosła i wychaczyła meldunek w Warszawie, to spalił chałupę i zrobił jeszcze jedną szklarnie. Róże tam też puścił – fachowo objaśnił.

– Co za debil hoduje trzciny w szklarni – Paluch najwyraźniej nie był poruszony – Gówno tu jest w tej dziupli. Dobra teraz tak wracamy na plaże i robimy ognisko. Ja wezmę rozpałkę z łajby a ty weź jakieś drewno.

Wyszedł z domu i ruszył na pomost, w tym czasie Mały zauważył złożone przy szklarni polana porąbanego drewna.

– Okej, to ja wezmę drewno – rzucił i poszedł realizować plan.

Leżał spokojnie. Zawsze leżał spokojnie. No może nie tak całkiem zawsze, ale przez większość czasu zajmował się właśnie tym. To było coś co leżało w jego naturze. Spokój. No może nie zawsze ale zazwyczaj to właśnie leżało. Woda nie była tak ciepła jakby sobie tego życzył, ale nauczył się specjalnie tym nie przejmować. Te krótkie momenty, w których potrzebował całej swojej siły i energii nie były znów tak częste, by niewygodna temperatura dawała się we znaki. Dodatkowo coś mówiło mu, że powinno być cieplej. O wiele cieplej. Antylopy przychodzą gdy jest ciepło. Nie wiadomo dlaczego, ale przychodzą. Tak samo robią guźce, zebry i inne warte zainteresowania stworzenia. Niewielkie wystające tuż ponad lustro wody oczy dostrzegły antylopę. Zbliżała się. To dobrze gdy się zbliżają. Nie obiecywał sobie wiele. Nauczył się, że teraz antylopy chodziły dookoła i nigdy nie podchodziły blisko. Za to czasem wrzucały guźce. To było zupełnie nie to, do czego przywykł wtedy gdy woda była cieplejsza. Nie przejmował się tym. Leżał spokojnie i czekał. W końcu leżenie leżało w jego naturze.

Mały zbliżył się do szklarni i nabrał całe naręcze posiekanych kawałków drewna. Spojrzał jeszcze na sadzawkę, po plecach przelazło mu to dziwne uczucie. Czuł jakby ktoś go obserwował. Ostatnio jak to poczuł, pały przyłapały go na „robieniu radyjek”. Aż się wzdrygnął. Chwycił mocniej drewno i poszedł na plażę do swych kumpli i tej świnki, która będzie im umilać wieczór.

Antylopa odeszła. Ale wróci. Nie martwił się. Leżał.

Jeden z jej porywaczy podniósł leżący na piasku zwój linki. Podszedł do niej i wydał polecenie.

– Podnieś się świnka z gleby, założę ci obróżkę. – uśmiechnął się paskudnie – hehe, grzeczna suczka.

Zawiązał jej ręce i pociągnął za sobą w kierunku palika ze znakiem. Szybko zawiązał supeł na paliku i ruszył na pomoc swojemu kompanowi, wracającemu zza chatki z pokaźnym ładunkiem drewna. Co parę kroków drewno wypadało na trawę i Wonski zebrał zagubione polana. Razem zrzucili ładunek parę metrów od niej. Najwyraźniej planowali rozpalić ognisko. To akurat uznała za dobry pomysł. Teraz gdy adrenalina zaczęła ulatniać się z jej organizmu było jej cholernie zimno. Po chwili ten bydlak, który przed chwilą ją skrzywdził przylazł i przyniósł z łodzi kanister oraz butelkę.

– No mam rozpałe i coś na ząb – stwierdził pokazując butelkę – Luksusowa! Wożę na wszelki wypadek. Palmy ten ogień bo się ściemnia.

Ułożyli niewielki stóg z drewna, oblali benzyną z kanistra. Po chwili ogień buzował, a oni rozsiedli się przy ognisku i rozpoczęli konsumpcje kolacji. Butelka krążyła w akompaniamencie bluzgów wszelkiego rodzaju i rechotliwego śmiechu. Ściemniało się i chłód coraz bardziej dawał się we znaki. Jej oprawcy najwyraźniej nie przejmowali się nią, ale nie miała złudzeń co do tego, że w końcu sobie o niej przypomną. Nie miała ochoty nawet się poruszyć, wolała odwlekać ten moment tak długo jak się da. Niestety zimno spowodowało, że jej całe ciało najpierw pokryło się gęsią skórką, a potem zaczęło drżeć. Powolutku zaczęła przysuwać się bliżej ognia. Starała się zaczerpnąć odrobinę ożywczego ciepła, a jednocześnie pozostać poza rozjaśnionym przez ogień kręgu. Długość linki pozwalała dostać się całkiem blisko ognia. Niestety czasem blisko jest zbyt blisko.

– O kurwa, patrzcie sama przylazła! – Zauważył jeden z nich.
– Hehe, chętna jest. Dalej Wonski obsłuż świnie – To było polecenie Palucha. Wonskiemu nie trzeba było dwa razy tego powtarzać.

Zataczając się podszedł do niej, otumanionym przez alkohol wzrokiem spojrzał na swą ofiarę.

– Proszę nie. Jest mi zimno. Nie rób mi krzywdy – Poprosiła patrząc na niego swymi zielonymi oczami. Chciała być bardzo przekonująca i jednocześnie wywołać uczucie litości. Nie udało się.

– No to cię pindo rozgrzeję! – Stwierdził. Ściągnął spodenki i jej oczom ukazał się sflaczały kutas. – Obciągaj! Tylko bez żadnego gryzienia, bo wrzucę cię do ogniska! Rozumiesz świnia? – Zapytał. Następnie, rozwiązał jej ręce i stanął przed nią wyczekując realizacji swojego polecenia.

Uniosła się na kolana i chwyciła w dłoń penisa. Zaczęła delikatnie poruszać napletkiem w przód i w tył. Członek rósł z każdym ruchem jej ręki

– Bierz do gęby! – wrzasnął.

Zbliżyła swe usta do twardego już kutasa. Otworzyła buzię i objęła wargami żołądź. To nie było dla niej coś nowego, ale tym razem nie miała na to ochoty. Członek zagłębiał się w jej usta. Ruchy głowy były miarowe i spokojne. Walczyła z przemożną chęcią odgryzienia tego fiuta, ale bała się następstw takiej akcji. Wonski położył obie dłonie na jej głowie i jego pięści zamknęły w uścisku blond włosy. Zaczął coraz bardziej przyciskać jej głowę do swojego brzucha, jednocześnie podniecony sytuacją wpychał kutasa głębiej i głębiej w jej usta. Po chwili koniec jego penisa dotarł do jej migdałków i zwyczajnie zaczęła się dławić. Do oczu napłynęły łzy, a odruch wymiotny zmusił ją do wyrwania głowy z rąk gwałciciela. Z głośnym plumknięciem fiut wyskoczył z jej ust, robiąc miejsce dla pokaźnego haustu powietrza. Spazm kaszlu opanował jej ciało.

– Haha, o Wonski prawie zadusiłeś ją! Kozak jesteś. – Wysiłki Wonskiego nie pozostały niedocenione, przez Palucha. – Dobra Mały, zapnij od tyłu a ja sobie popatrzę!.

Przed jej oczami dyndał wielki kutas Wonskiego, jego ręce raz jeszcze chwyciły jej włosy i przyciągnęły głowę do penisa. Raz jeszcze fiut jej oprawcy wypełnił jej usta, na języku poczuła słonawy smak. Mały stanął za dziewczyną, ściągnął slipy i ujął swój interes jedną ręką a drugą podrapał się po gładko ogolonej czaszce. To co widział zdecydowanie go podniecało. To było coś jakby film porno na żywo. Kutas jego kompana znikał w ustach nagiej dupencji, która posłusznie klęczała na piasku. Za chwile, sam zapnie ją od tyłu. Ręka dzierżąca najważniejszy organ Małego bezwiednie poruszała się w przód i w tył, w rytm ruchów głowy nagiej dziewczyny. Po paru sekundach obserwacji i przemyśleń, był gotowy. Niestety pozycja w jakiej się znajdowała ofiara nie sprzyjała jego zamiarom. Z tego faktu zdawała sobie sprawę jego ręka, dlatego też od jakiegoś czasu drapała go w głowę. Stymulacja czaszki przyniosła w końcu efekty.

– Ty no, Wonski, niech się świnka ustawi na czworaka, jak porządna suczka – powiedział.
– Hehe, świnka jak suczka, hehe dobre – widownia w postaci Palucha doceniła dowcip.

Wonski skrzywił usta w nieszczęśliwym grymasie – było mu naprawdę dobrze. Chętna czy nie ta laska wiedziała jak robi się laski. – myślał.

loading…



Wyciągnął penisa z ust dziewczyny i pociągnął ją za włosy w swoją stronę. To zmusiło ją do przyjęcia pozycji w której obaj zwyrodnialcy mieli niczym nie skrępowany dostęp do wszystkich otworów jej ciała. Chyba nie mogła zostać bardziej poniżona. Stojący przed nią drab klęknął i bezceremonialnie umieścił kutasa tam skąd przed chwilą go wyjął. Teraz obie ręce podpierały jej ciało i nie miała kontroli nad tym jak głęboko w jej ustach znajdzie się jego penis. Na domiar złego, na swych pośladkach poczuła dwa wielkie łapska. Odruchowo sięgnęła jedną ręką, by bronić swego skarbu. Jednak facet przed nią szybko chwycił jej ramie nie pozwalając na żadną obronę. Ręce z tyłu rozciągnęły szeroko jej pośladki i twardy kształt wparował w jej wnętrze. Tym razem jej odbyt nie został użyty niezgodnie z przeznaczeniem. Za co była w pewnym stopniu wdzięczna losowi.

– Szczęście w nieszczęściu, że ten jest normalny i wie jak to się robi kobietami. – pomyślała. – I już wiem, skąd on ma te idiotyczną ksywkę – dodała w myślach.

Nie miała właściwie żądnej kontroli nad sytuacją. Ten z przodu trzymał ją za włosy i powoli rżnął w usta, raz głębiej raz płycej. Bez żadnego rytmu czy sensu. Natomiast bydlak z tyłu rekompensował nikłe rozmiary energią z jaką atakował jej tyłek. Czuła się jakby ktoś przystawił jej mały młotek pneumatyczny. Nie widziała wiele, ale była pewna, że gnojek obrabiający jej zadek, dla postronnych musi wydawać się zamazanym kształtem. Siedzący i oglądający to przedstawienie Paluch, odstawił flaszkę. I przetarł oczy. Spojrzał na odgrywaną, na swe własne zamówienie scenę, następnie znów na butelkę i z niedowierzaniem powiedział do siebie.

– Kurwa, mały jakiś taki niewyraźny się robi.

Uderzenia bioder Małego o jej pupę sprawiały, że świat trząsł się w posadach. I żeby była jasność, wcale nie z rozkoszy. Tak, czytała wiele opowiadań erotycznych i tam zawsze w takich sytuacjach, niechętna męskim zabawom kobieta nagle odkrywa niesamowitą rozkosz płynącą z takiej sytuacji. Szczerze życzyła sobie zamienić się miejscami z autorami tych głupot. Odechciałoby się im pisać takie kretynizmy. Grzmocący ją od tyłu facet, nawet nie miał szans sięgnąć swoim narzędziem do jej stref erogennych i to co wyprawiał z jej cipką było równie podniecające co dłubanie w nosie. Ten z przodu natomiast wydawał się nie wiedzieć czy zamierza ją udławić czy nie. W każdym razie, chyba zmieniał zdanie na ten temat co trzy sekundy. Tak więc to co tu się z nią wyrabiało, było kurewsko dalekie od rozkoszy.

Jakkolwiek Wonski sam nie był pewien czy chce już skończyć czy nie, to natura zadecydowała za niego. Spazm orgazmu targnął jego ciałem. Ręka zacisnęła się na włosach dziewczyny i przycisnęła jej głowę do jego brzucha. Przez mgłę orgazmu widział jak jej oczy rozszerzyły się, ręce podniosły z piasku i oparły o jego brzuch. Następnie walcząc o oddech gwałtownie wyprostowała ramiona, co posłało go na ziemie. Plasnął tyłkiem o piach, z błogim uczuciem wymalowanym na twarzy.

Zakrztusiła się, ten skurwiel wpakował jej spermę w płuca. Oczy zalały się łzami, a całym ciałem zaczęły szarpać spazmy kaszlu. Dzięki temu, mięśnie jej pochwy miały na tyle siły by w krótkich cyklach zaciskania się i kurczenia pobudzić chudego penisa Małego.

-Iiiii. Haaa, haarrr – Mały zaskowyczał niczym zarzynane prosię i wystrzelił do jej wnętrza.

Nie czuła tego, dalej krztusząc się i walcząc o oddech. Gdy w końcu wygrała walkę, leżała na boku, z oczami pełnymi łez, ustami i cipką pełnymi spermy. I mocnym postanowieniem, że ich wszystkich pozabija. Jeszcze nie wiedziała jak i kiedy. Ale wiedziała, że już są martwi.
Paluch był bardzo zadowolony. Po pierwsze dlatego, że właśnie obejrzał sobie porno, a po drugie dzięki temu, że znalazł zajęcie dla swych kompanów, mógł sam wypić prawie całą butelkę wódki. Wstał, lekko się zatoczył i używając charyzmy ponownie powiedział.

– Teraz tak! Ty Wonski wstawaj dupskiem z piasku i zapierdalaj do łódki! Pod siedzeniem jest jeszcze jedna flaszka i konserwa paprzy,..paprzzr, kurwa ! Konserwa z paprykarzem. – Paluch dzielnie stawiał opór cząsteczkom alkoholu rozpuszczającym jego synapsy – Przynosisz mi tutaj te fanty i to już. – dodał. Spojrzał na Małego. Najwidoczniej i dla niego miał plan, ale najwyraźniej porzucił ów plan. Mały leżał na ziemi z wytrzeszczonymi oczami i z ogromnym trudem łapał oddech . – Hehe, co za pizda – Skonstatował z pogardą.

Jego wzrok spoczął na umęczonej dziewczynie. Podszedł do niej i złapał za włosy. Uniósł brutalnie i zaczął ciągnąć w mrok poza obszarem oświetlanym przez ognisko. Nie miała pojęcia jakie były jego zamiary. Obawiała się najgorszego. Ten zwyrodnialec mógł ją zwyczajnie zamordować. Strach uruchomił nadnercza i fala adrenaliny wdarła się do krwioobiegu. Mimo tego, że trzymał jej włosy w żelaznym uścisku, stanęła jak wryta. Ponad trzy miliony lat ewolucji ulotniły się w oka mgnieniu, mechanizm walcz lub uciekaj zadziałał. Paluch spojrzał w jej oczy i chyba wyczytał tam coś co mu nie przypadło do gustu. Skrzywił gębę i powiedział.

– Nie będziesz spać z nami, na dzisiaj koniec zabawy. – Powiedział do oszalałej ze strachu kobiety – zamknę cię w szklarni, jutro pobawimy się od rana. No albo może w nocy mnie najdzie. Rozumiesz! – z ostatnim słowem połączone było mocne potrząśnięcie dłonią. – Jakbym chciał cię ujebać to utopiłbym tam na plaży, nie rób zagadnienia i kurwa chodź.

Trzymając za włosy, wprowadził zmaltretowaną dziewczynę do szklarni. Zatrzymał się nad brzegiem bajorka i podrapał po przyrodzeniu.

– Kurwa, lać mi się chcę! – puścił jej włosy, wyciągnął kutasa i zaczął sikać prosto do wody.

Strumień moczu trafiał w taflę wody dokładnie pomiędzy dwoma małymi kamykami wystającymi ponad powierzchnię.

– Jak skończę, to świnia obmuldasz mi jeszcze śmierdziucha, hehe – Powiedział. Alkohol krążył w jego żyłach, był panem sytuacji. To było coś co lubił.

Leżał spokojnie. Dwie antylopy zbliżyły się do wodopoju. To było coś naturalnego. Jednak po chwili jedna z nich wyciągnęła małą trąbkę i zaczęła pić w bardzo dziwny sposób. To nie było coś co znał, dodatkowo dokładnie między jego oczami do wody trafiał strumień wyjątkowo śmierdzącego płynu. Jego nos był całkiem niedaleko oczu. Teraz.

Odepchnięta, przez draba dziewczyna oparła się o pręty z których zbudowano najdziwniejszą szklarnie, jaką w życiu widziała. Jej prześladowca stanął w rozkroku i oddawał mocz wprost do wody. Nagle w miejscu, w które spadała struga moczu woda uniosła się i z niesamowitą prędkością, wystrzelił stamtąd potworny pokręcony kształt. Kształt błyskawicznie otworzył największą paszczę, jaką kiedykolwiek widziała. W blasku księżyca zobaczyła setki zębów. Wszystkie wbiły się w udo sikającego do wody zwyrodnialca. Ugryziony zawył nieludzko. Potwor, który wyskoczył z wody, trzymał szczęki zaciśnięte na swej ofierze i zaczął się obracać, woda w sadzawce zakotłowała się. Drab wrzasnął jeszcze bardziej przerażająco i został ścięty z nóg, siłą inercji obracającego się stwora. Wpadł do wody i darł się dalej, z krótkimi przerwami, podczas których jego głowa wtłaczana była pod wodę.

Serce waliło jej jak młot, jeżeli jeszcze jakieś resztki adrenaliny zostały w jej ciele to właśnie teraz był najlepszy moment by z niej skorzystać. W jakiś sposób ciało zawsze wie kiedy trzeba użyć odpowiedniego hormonu. Stało się tak i tym razem. Cała akcja zwolniła na ułamek sekundy. To wystarczyło jej by zaobserwować kilkumetrowe cielsko potwora. Kręcił się wokół własnej osi, czasami widać było jego biały brzuch, czasami porośnięty zielonymi chropowatościami grzbiet. To co było widać cały czas to ciało jej gwałciciela miotane na wszystkie strony z niewiarygodną siłą. Nie wiedziała jak długo trwał makabryczny taniec, ale najwyraźniej na tyle długo by krzyki pożeranego mężczyzny zaalarmowały jego kompanów. Wpadli do szklarni i usiłowali w jakiś sposób pomóc Paluchowi. Jeden starał się chwycić go za ręce, lecz wcale nie było to proste, jako że miotały się one z olbrzymią prędkością. Drugi wbiegł do sadzawki i kopał bestie. Ze skutkiem, żadnym.

Odzyskała jasność myślenia i wybiegła ze szklarni. Odbiegła kilka kroków i stanęła jak wryta. Pomyślała sekundę i zawróciła. Dopadła drzwi. Zatrzasnęła je i zablokowała wspawanym w nie skoblem. Odstąpiła kilka kroków od szklarni i upadła na kolana. Cały jej koszmar został zatrzaśnięty tam. Wciąż klęcząc patrzyła na to co się dzieje z zamkniętymi mężczyznami. Mały uśmiech zawitał na jej twarzy, zmienił się wkrótce w wyraz radości, by po chwili przejść w histeryczny śmiech.

– Ha! Macie skurwysyny! – Śmiała się, szczerze i długo. Łzy płynęły jej po policzkach.

Żółty kajaczek kołysał się na falach, dalej przywiązany do motorówki.

Gustaw był zadowolony. Nie co dzień zdarzało mu się upolować trzy antylopy. Co prawda te antylopy są jakieś dziwne, a woda zimniejsza niż zwykle. Ale co tam. Nie będzie nad tym płakać jak pierwszy lepszy krokodyl.