Konfuzja Xeny

Przeczytano: 609 razy
Konfuzja Xeny

Konfuzja XenyŚwiatło słoneczne wyraźnie już poczerwieniało, kiedy Xena i Gabriela osiągnęły wreszcie skraj puszczy. Wykończony przedzieraniem się przez zbite poszycie Argo smutnie zwieszał łeb. Zmęczenie zwierzęcia potęgowała konieczność dźwigania na grzbiecie podwójnego ciężaru.

Rozpaczliwe końskie rzężenie słychać było chyba w promieniu mili. Widać było, że Argo nie zrobi już dziś ani kroku. Na szczęście nie było chyba takiej potrzeby. Xena zatopiła wzrok w przestrzeni. Zachodzące za ich plecami słońce rzucało krwawe błyski na rozciągające się przed nimi morze traw. Xena wiedziała, że tym stepem można, nie napotykając innych niż rzeki przeszkód, pogalopować aż do kraju Hanów, gdzie lata temu poznała Lao Ma, a potem walczyła z Zielonym Smokiem. Po policzku wojowniczki stoczyła się łza. Wspomnienie Lao Ma ciągle wywoływało ból.
– Może byśmy się na coś zdecydowały? ? odezwał się głos zza jej karku – ja jestem za tym, aby tu przenocować. Herkules z Ewą będą na nas czekać nad rzeką, a to jeszcze kawał drogi. I tak nie zdążymy przed nocą, Argo jest wykończony, ja również, a poza tym wszystkim, dzisiaj jest przecież pełnia.

Xena uśmiechnęła się. Lao Ma nie żyła, ale miała przecież Gabrielę. Słoneczko jej żywota. Nawet teraz czuła z tyłu rozkoszne promieniowanie ciała blondynki. Czuła coś jeszcze. No tak. Jej wzrok z nieskończoności zogniskował się na płytkim strumieniu wypłycającym z lasu. Po długiej podróży na koniu dobrze byłoby wziąć kąpiel. Zwłaszcza, że dziś jest pełnia. Czerwień zachodu zdążyła już zszarzeć, kiedy skończyły rozbijać obozowisko, oraz oporządzać Argo. Nad stepem pokazał się ON. W całej swojej srebrnoszarej okazałości. Xena uśmiechnęła się do Gabrieli. Gabriela uśmiechnęła się do Xeny. Już czas. Podobno, przynajmniej tak twierdzi znawczyni wszystkich podań, Gabriela, daleko, wśród lasów dzikiej północy, żyją mówiący dziwną, szeleszcząca mową ludzie, którzy z nastaniem pełni zamieniają się w wilki.

Xena nie pragnęła być wilkiem. Jej ambicje kierowały się w inną stronę. Rozebrana do naga stała w oblewającym ją rtęciowym blasku księżyca czekając na Gabrielę, która pieczołowicie rozwijała juki. W końcu podeszła z naręczem skórzanych przedmiotów. Przez nagie ciało Xeny przebiegł rozkoszny dreszcz. Na pierwszy ogień poszły ręce. Ściągnięte skórzanymi pasami zetknęły się za plecami łokciami i nadgarstkami, stając się chwilowo bezużyteczne. Następnie Gabriela podniosła pas. Rzemieślnik, który go zrobił był prawdziwym artystą sztuki kaletniczej. Zapięty w talii Xeny pozwalał na płynne regulowanie swojego obwodu za pomocą specjalnej śruby, którą teraz Gabriela zakręciła do oporu. Xena czując trudności ze złapaniem oddechu otworzyła szeroko usta. Na to tylko czekała Gabriela, z dziwnym, omegokształtnym przedmiotem w ręku. Było to wędzidło. Zimne żelazo wniknęło głęboko w usta Xeny zatrzymują się dopiero w zawiasach szczęki. Do wędzidła doczepiono liczne skórzane paski, które Gabriela pieczołowicie dopinała wokół głowy kochanki. Było tego dużo. Szeroki pas ciągnął się wokół głowy na podobieństwo korony, drugi, węższy przechodził pod podbródkiem i na czubku czaszki. Trzeci owijając się z tyłu głowy podtrzymywał równocześnie zimne żelazo w ustach Xeny. Ostatni rzemyk przebiegał od tyłu głowy pionowo do nasady nosa, gdzie rozdzielał się na dwa. Wszystkie paski, poza czołowym zbiegały się na policzkach Xeny, gdzie doczepiono do nich wędzidło. Wreszcie uprząż była założona.

Zadowolona Gabriela dociągnęła ostatnie paski i z rozmachem klepnęła Xenę w umięśniony pośladek. Xena wzdrygnęła się, chociaż ta pieszczota była i tak niczym, w porównaniu z tym co miało nadejść. Sztywny, wysoki kołnierz zamknął się wokół szyi Xeny. Teraz nie mogła już inaczej trzymać głowy, jak sztywno wyprostowaną. Kolejne rzemienie były przyczepione do pasa w talii. Dwa górne biegły od pleców, poprzez ramiona, owijały się pętlami wokół obfitych i wypiętych do przodu piersi by znowu skończyć się na talii. Dolny pas zaś był pasem szczególnym. Były do niego przymocowane dwa walce, prezent od Lao Ma. Wykonane z brązu, pokryte były najdelikatniejszą skórką. Aby umieścić mniejszy z nich na swoim miejscu, Gabriela musiał przełożyć sobie Xenę przez kolano. Blondynka mocno klepnęła wypięte pośladki.
– No, rozluźnij półdupki, bo będzie bolało.

Po rozepchnięciu tyłka Xeny, Gabriela powoli wsuwała mniejszy walec w odbyt. W końcu wszedł do końca. Z większym nie było takich problemów. Gładko wszedł w kobiecość Xeny. Wreszcie Gabriela energicznie dociągnęła luźne rzemienie. Xena stękała cicho. Gabriela, jak zwykle, była brutalna. Bardzo.

Wyraźnie zadowolona ze swojego dzieła, zapięła na uździe długą linkę.

Na początek rozgrzewka.

loading…



Xena biegnie. Trzymana przez Gabrielę linka wymusza ruch po okręgu. W koło i w koło. Xena już nie jest wojowniczką, kobietą, nie jest już nawet Xeną. Jest klaczą. Zatracić się w biegu. Szybciej, szybciej. Każde wahniecie tempa kwitowane jest przez Gabrielę okrzykiem i chlaśnięciem bata na pośladkach. Jestem niczym więcej, niż klaczą. Ból w połączeniu z dziwnym uczuciem płynącym od podbrzusza, od zagnieżdżonych głęboko w ciele darów Lao Ma powoli wzbudza rozkosz. Jej fala wzbiera i ogarnia Xenę niczym wzburzone morze. Szybciej, szybciej, bliżej, bliżej. Nagle w ten potężny strumień przyjemności wbija się ostry, niczym grot włóczni ból szczęk. Gabriela jest zbyt wytrawną kochanką, aby dopuścić Xenę do szczytowania już teraz. Gwałtowne targnięcie za wędzidło usadziło Xenę w miejscu. Rozpalona klacz chętnie by zagryzła wędzidło i gnała dalej. Niestety, jego kształt, dobrany tak, aby przylegał do tyłu szczęk uniemożliwia to. Pozostaje być posłuszną. Rozdygotana klacz czeka więc na dalszy ciąg. Jej świszczący oddech niesie się daleko w cichym, bezwietrznym stepie. Gabriela podnosi siodło. Siodło, które jeszcze niedawno nosił Argo. Po niewielkich przeróbkach pasowało na Xenę. Gabriela zapięła popręg wokół talii kochanki chowając pod spód związane z tyłu ręce Xeny. Część ciężaru jeźdźca przejmowały biodra, część barki, resztę ręce. Zresztą Gabriela nie była zbyt ciężka. Po bokach Xeny wisiały strzemiona, wynalazek stosowany przez Amazonki i inne ludy wielkiego stepu, a którego nie używali dumni Rzymianie. Zarówno Xena jak i Gabriela były zdania, że kiedyś przyczyni się to do zguby wilczego plemienia Kwirytów. Na razie w strzemiona wsunęły się stopy Gabrieli. Omegokształtne wędzidło drgnęło w ustach Xeny. Gabriela klepnęła Xenę w pupę trzymana w ręku trzcinką.

Kłus!

Step srebrzy się w świetle księżyca. Nie zna granic, ni barier. Kiedyś przygalopowali nim przodkowie Greków i wszystkich innych ludów mieszkających na północ i zachód od ojczyzny Xeny i Gabrieli. Kiedy przyjdzie czas pojawią się na nim nowi jeźdźcy. Na razie widać tylko jednego i to na nietypowym, dwunożnym rumaku.

Galop!

Xena pędzi. Wiatr rozwiewa blond włosy Gabrieli. Xena znowu czuje narastające podniecenie od podbrzusza. Tym razem Gabriela nie sprzeciwia się temu. Xena szczytuje nie przerywając galopu posłuszna woli Gabrieli. Dobrze ułożona klacz, a taką Xena jest bez wątpienia, potrafi zrozumieć niewiarygodnie dużo informacji przekazywanych wyłącznie za pomocą ruchów wędzidła. Trochę w lewo, trochę w prawo. Szybciej, wolniej. Rozkosz przepływa przez Xenę fala za falą. Gabriela chłoszcze Xenę bez opamiętania. Szybciej! Szybciej! Srebrne światło jest zwodniczo jasne. Tego co ukrywa się w cieniu, oczy ludzkie nie dojrzą. Step nocą żyje. Xena biegnie cicho dla uszu ludzkich, ale nie dla czujnych zwierząt. Drobne stworzenia uciekają spłoszone tętentem Xeny. Rozpalone kochanki nie przejmują się większymi. Nie widzą i nie słyszą niczego poza sobą nawzajem. To błąd.

Klacz i amazonka nie są bowiem jedynymi istotami ludzkimi w okolicy. Ocean traw wydaje się równy, ale podobnie jak jego wodny odpowiednik pokryty jest falami. Wpadając w jedno z zagłębień kochanki nie zauważają poruszających się rytmicznie ciał, dopóki nie potkną się o nie. Xena pada na ziemię. Związane ręce nie amortyzują upadku. Ręce Gabrieli są wolne, ale spada z większej wysokości. Rezultat jest identyczny. W ustach, nosach, uszach pełno ziemi, we włosach trawa. Oszołomione upadkiem kobiety, w których obecnym wyglądzie nikt nie doszukałby się legendarnych wojowniczek, powoli podnoszą się na nogi. To samo robią kopnięci przez Xenę. To potężnie zbudowany mężczyzna i drobniutka dziewczyna, kompletnie nadzy oboje. W księżyca blasku czworo ludzi patrzy na siebie ze zdumieniem. Głos Xeny poprzez wędzidło brzmi nieco bełkotliwie, ale zrozumiale.

– Herkules?!, Ewa?!

– Mamo?!, Ciociu?!