Makaron ladacznicy

Przeczytano: 389 razy
Makaron ladacnicy

Makaron ladacnicyMój facet nigdy nie był dobry w kuchni. Wiem, co teraz myślicie, ale nie chodzi mi wcale o TO – w tym radzi sobie wszędzie nie najgorzej. Ma mam na myśli to, co zazwyczaj robi się w kuchni – gotowanie. Tym bardziej więc zdziwiłam się, kiedy napisał mi na GG:
– Dzisiaj po pracy proponuję, że zrobię na obiad ‘makaron ladacznicy’.
– Proszę? Co Ty, Kochanie, przepracowałeś się może? Do kochanki czasem nie miałeś pisać? Okienka się nie pomyliły Tobie?
– Nie, nie – będzie makaron ladacznicy i będzie tylko dla Ciebie!
– Terefere… pomyślałam, będąc przekonana, że znowu skończy się na przynoszeniu do kuchni wentylatora celem usunięcia zapachu spalonego oleju lub przypalonych tostów. Powiem Wam, że doznałam mocnego szoku, kiedy się okazało, że facet po mnie do pracy przyjechał z torbą pełną zakupów z warzywniaka.
– A co Ty tam nakupiłeś?
– Mówiłem przecież: będę robić ‘makaron ladacznicy’…

Nic już nie mówiłam przez drogę do domu, starając się wywąchać, co też on tam nakupował… a pachniało bardzo obiecująco, muszę powiedzieć… moje rozbawienie pomysłem, że Facet mógłby coś samodzielnie ugotować zaczęło przechodzić w zaciekawienie. Jechaliśmy przez miasto, wyjątkowo zamiast zapachu spalin czułam zapach świeżych warzyw, z nutką oregano… Przyglądałam się, jak prowadzi. Lubicie jechać na miejscu pasażera? Ja, choć mam prawo jazdy – wprost uwielbiam. A najbardziej podoba mi się, jak kierowca ma na sobie białą koszulę z podwiniętymi rękawami, jak jego ręce pracują na zakręcie, jak zmienia biegi…

Wyobrażam sobie, jak miło byłoby, gdyby zechciał się pomylić i zamiast na lewarku położył swoją dłoń na moim kolanie… gdyby zaczął je głaskać, popatrzył na mnie wtedy… na chwilkę oczywiście… i gdyby jechał dalej, rozglądając się w miejskiej dżungli, czy czasem nie wjeżdża pod tramwaj, głaskał mnie coraz wyżej, wsuwając swoją dłoń pod spódniczkę… Oregano pachnie tak inaczej niż zapach codziennej przejażdżki… strasznie mi się podoba ten zapach… więc gdyby tak zrobił, to z całą pewnością, mimo chodzącej na full klimatyzacji zrobiłoby mi się bardzo ciepło… Ale on – zimny drań, nic, tylko te biegi i biegi… taka ziołowa lekko nutka, taka jak w dobrej pizzerii, ech, szkoda, że on tak w tę drogę zapatrzony…

Dojechaliśmy do domu i ku memu zdziwieniu Facet zaanektował kuchnię. Oczy robiły mi się coraz większe, jak widziałam jego zakupy. Stanął przede mną i powoli wyciągał każdy składnik z torby… najpierw wyjął czosnek… podeszłam i zbliżyłam go do nosa…
– Mocny! polski?
– Pewnie, że tak! Żadna chińska tandeta! – W życiu bym nie zgadła, że się zna na czosnku…
Następna w torbie była śliczna, złota cebula. Nie każdy lubi te dwa warzywa, ale mnie one zawsze pachną ładnie i dodają mi energii… Zaczęłam się zastanawiać, co będzie dalej. Otóż dalej, moi drodzy, dalej wyciągnął cztery małe, czerwone papryczki! Były śliczniutkie, jak z obrazka, długie, ale dość pękate, błyszczące… jak malowane. Wyciągnęłam szyję, żeby je powąchać… pachniały nad wyraz obiecująco… a ja czułam się już naprawdę podekscytowana wizją wyjątkowego obiadu… zauważyłam, że Facet zaczyna ze mną grać – każde warzywo trzymał nieco dalej ode mnie, żebym musiała stawać coraz bliżej niego. Kiedy z torby wyjechała butelka przedniej oliwy ‘extra virgin’, byłam już bardzo mocno przytulona… moje nozdrza były rozszerzone, szukające nowego zapachu…

Nic dziwnego, że właśnie wówczas poczułam, że skropił się moją ulubioną wodą toaletową. Czyżby mnie uwodził? Przemknęło mi przez myśl… i zrobiło mi się całkiem miło, że po tylu latach razem ma na mnie ochotę… Pod wpływem impulsu pocałowałam go w policzek, wspinając się delikatnie na palcach. Uśmiechnął się, objął mnie ramieniem…
– To teraz, Kochanie, Ty sobie usiądź wygodnie, poczytaj kobiecą gazetkę, a ja Cię zawołam, jak gotowe będzie.
– I nic nie trzeba Ci pomóc?
– Nic, czytaj sobie czytaj… ja zawołam za jakieś 30 minut.
Zajęło mu to blisko 45 minut, ale kiedy weszłam, na stole stały talerze pełne tak aromatycznego makaronu (moje ulubione wstążeczki farfallle), że z miejsca zaczęłam się ślinić, a że w pracy dzień ciężki i nawet śniadania nie dojadłam, to z rozkoszą zasiadłam i chwyciłam widelec.
– Za makaron ladacznicy! – wzniósł toast Facet, a ja dopiero teraz zrozumiałam, jak nazywa się ta potrwa. Makaron ladacznicy? Skąd on to wziął? Co sobie wymyślił? Pewno znów na sieci wynalazł… No nic, udam, że mnie to nie rusza – pomyślałam, przyjmując kieliszek z szampanem… z szampanem? Co go napadło? Nigdy nie piliśmy do obiadu szampana…
– Jak to robiłeś? – spytałam
– Na oliwie zeszkliłem cebulkę i czosek. Następnie dodałem malutkie kapary. Czarne oliwki zmieliłem w blenderze, też dodałem. Potem pomidorki z przecierem. Na końcu makaron wrzuciłem. Proste, nie?

loading…



Niby proste, ale jak to zrobił, że nic przy tym nie spalił? Wzięłam do buzi pierwszy kęs… i odleciałam. Po prostu odleciałam, w moich ustach nastąpiła eksplozja smaku. Ostre papryczki z aromatycznym czosnkiem, nuta oregano, wszystko w doskonałej harmonii, a makaron – al dente, nic nie rozgotowane, delikatnie skropione jeszcze świeżą oliwą! Usiłowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jadłam coś tak pysznego, coś, co tak bosko pachnie… niestety, mój umysł nie był w stanie przywołać niczego, co choć trochę przypominałoby to danie…
Po kilku kęsach zrobiło mi się gorąco… popatrzyłam na niego i zauważyłam rozpiętą koszule, odsłaniającą ten tors, do którego tak bardzo lubię się tulić… jemu także było chyba ciepło… W moich ustach rozpływał się parmezan, którym całe danie było posypane… z każdym kęsem i każdym łykiem szampana czułam się nie tylko coraz bardziej odprężona po pracy, ale przede wszystkim coraz bardziej głodna… wkrótce jednak kolejne kęsy przestały zaspakajać mój apetyt, ponieważ cała ta zmysłowość sytuacji, te zapachy, smak i widok tej potrawy i Faceta w rozpiętej koszuli podziałały na mnie potwornie podniecająco…

Patrzyłam mu prosto w oczy i zaczynałam czuć, że gorąco z żołądka przenosi się w dół mojego brzuszka… kołysze między udami i wygodnie zagnieżdża w najbardziej intymnej okolicy. Następnie poczułam, jak moja szpareczka robi się wilgotna… najpierw troszkę… łyk szampana… potem bardziej… kęs makaronu… i jeszcze bardziej… On jadł coraz wolniej i odwzajemniał moje spojrzenie. Chyba dostrzegł, co się ze mną dzieje, bo przyglądał się bardzo uważnie, popijając ze swojego kieliszka.

Przesunęłam się nieco na krześle… niby mimowolnie opuściłam rękę pod stół… położyłam sobie na brzuchu… przesunęłam w dół… czułam, jak z mojego ciała bije gorąco… dotknęłam swojego uda, a po chwili zaczęłam je masować, przemieszczając palce w stronę źródła wilgoci między udami… Chyba to zauważył, bo źrenice nagle mu się rozszerzyły. No cóż, w końcu stół mamy tylko na kilkadziesiąt centymetrów szeroki. Poza zmianą wielkości źrenic nic się nie zmieniło w jego zachowaniu, a to ośmieliło mnie do dalszych poczynań… Makaron ladacznicy… no cóż, wierzcie, czułam się naprawdę jak ladacznica, kiedy patrząc mu w oczy odsunęłam na bok moje koronkowe stringi i zaczęłam pieścić swoją ulubioną przyjaciółkę… Boże, jaka ja byłam napalona! Moja cipka była cała mokra i rozszerzona, po krótkiej chwili wsunęłam do środka palec, delikatnie nim poruszałam i dołożyłam drugi… Mimowolnie zaczęłam poruszać biodrami, poruszając się na krześle jak na koniu…

On głośno przełknął ślinę. Wiedziałam już, że to widzi i że mu się to podoba… Wstałam i obeszłam stół, on odwrócił swoje krzesło. Wsunęłam mu w usta swoje dwa, lśniące od mojego podniecenia, palce… bardzo powoli zaczął je ssać… Moje pragnienie rosło, chciałam kochać się tu i teraz, natychmiast, jak wyuzdana ladacznica, nie ściągając nawet ubrania!

Podciągnęłam troszkę spódniczkę i odchyliłam na bok majteczki, prezentując mu swoją rozochoconą i wilgotną szparkę. Natychmiast rozpiął spodnie, podniósł się na krześle i spuścił je do kolan, prezentując mi potężną erekcję…

Tego właśnie pragnęłam, powolutku na niego weszłam, wsuwając go ostrożnie… Cipeczce bardzo się spodobało, podobnie, jak całej mnie! Lekko się podniosłam i zrobiłam to ponownie… i ponownie… za każdym razem mocniej napierając na jego męskość i delektując się jego płonącymi pożądaniem oczami… Wreszcie miałam go w sobie całego, siadłam swobodnie na jego udach. Zrzuciłam jego koszulę i ujeżdżając go całowałam jego tors i tuliłam się do niego, wciągając w nozdrza zapach jego wody toaletowej. Zaczął bardzo głośno oddychać, ja zresztą także… Całował moją szyję, jego pocałunki były gorące, wręcz parzyły – czy to ta ostra potrwa, czy jego dwudniowy zarost – tego nie pamiętam, ale wiem, że strasznie mi się to podobało…

Mocno ściskał moje pośladki, tak, jak lubię, jęczałam z rozkoszy… Wtedy wlepił mi mocnego klapsa, poczułam się jak klacz spięta ostrogami, pragnęłam coraz szybszej jazdy… kolejny klaps… Facet, nie przestawaj, jest mi tak dobrze… moje jęki były coraz głośniejsze, jego klapsy paliły, czułam jak na moich pośladkach zostają po nich czerwone ślady… Nagle on ścisnął moje pośladki strasznie mocno i jednocześnie wybił biodra przed siebie. Myślałam, że mam go w sobie głęboko, ale dopiero teraz poczułam, jak dokładnie chce mnie spenetrować… jak mocno chce zerżnąć swoją ladacznicę… Przy każdym ruchu krzyczał, a mnie było tak cudownie, że zacisnęłam się na nim mocno i… doszłam. Mój orgazm był silny, w dodatku on nie przestawał mnie pieprzyć, kiedy szczytowałam, co zafundowało mi prawdziwą windę do nieba… machnęłam rękami na boki, całkowicie oddając się jemu, nawet nie zauważyłam, jak strąciłam kieliszki, które roztrzaskały się o podłogę, rozbryzgując resztę szampana po połowie kuchni. Wówczas eksplodował on – krzyczał strasznie, dawno już nie słyszałam tego krzyku, tak cudownie było znów przeżyć to razem…

Mnie jeszcze mocno kręciło się w głowie, gdy zapadła cisza, wypełniona jedynie pulsowaniem naszych spragnionych powietrza oddechów. Czułam jego słabnącą erekcję, ale nie chciałam go z siebie wypuszczać, chciałam siedzieć tak, wtulona w jego nagi tors. Odpoczywać i całując go zaczęłam się zastanawiać, co ja jutro zrobię na obiad?

PS. – A przepis jest prawdziwy! Polecam! Działa piorunująco!