Ciemna strona kobiety

Przeczytano: 436 razy
Ciemna strona kobiety

Ciemna strona kobietyPowiedz szczerze: ile razy będąc w lesie ludzi brnęłaś głębiej ocierając się ze wstrętem ciała, które najchętniej posłałabyś do diabła? Ile razy w takim tłumie patrząc komuś w oczy myślałaś: „O, to jest może ktoś, kto umie znaleźć wspólny język ze mną!”? Ile razy pozwalałaś, aby szansa obok Ciebie przechodziła, mimo że widziałaś w oczach tej osoby błysk, tzn. dowód zgody, że ona myśli tak, jak Ty? Czy nie byłaś jak dziewczynka, która miga się od odpowiedzialności za własny los tłumacząc sobie, że „Jest granica, której nie wypada mi przekroczyć”? Powiem szczerze:, jeśli tylko zechcesz świat może należeć do Ciebie. Powiem więcej: prędzej, czy później dla każdego nadchodzi ten moment, którym ma się dość własnej bezczynności i karze się jej iść w cholerę. Robi się wtedy rzeczy, do których wcześniej nie było się zdolnym. Ale – jak się potem okazuje – to w niczym nie szkodzi porządkowi świata. Zupełnie, jakby światu było obojętne, czy nam się powodzi, czy nie, jakby to była nasza prywatna sprawa. Opowiem o jednej takiej historii.

Była jedna taka dziewczyna, jedna ulica, jedna chwila, w tłumie. Każdy umie poznać, czy osoba którą się mija jest nam przychylna, czy nie. Judyta poznała. Minęła go, lecz powiedziała w myślach: „Cholera, dość! Nie tym razem!” Poszła za nim. Położyła mu rękę na ramię.
– Hej! Przepraszam, nie wiem, czy tak wypada, czy nie, ale co powiesz na wspólny spacer? Bo…
– O.K.
Zgodził się, zgodził! Dlaczego nie myślała, że to będzie takie łatwe? Żadnych sztuczek, żadnych tłumaczeń, wystarczyło zadać pytanie. Prosta odpowiedź: tak lub nie. Powiem Wam, że mnie to nie dziwi, kiedy myślę sobie: oto człowiek, który widzi drugiego człowieka po raz pierwszy a rozmawia z nim, jakby spotkał przyjaciela. Wiem, jak to jest możliwe. Po prostu nasi krewni to są Ci, którzy myślą i czują podobnie jak my. Nie zawsze łączą nas z nimi więzy krwi (a może nawet rzadko kiedy tak jest), więc niech się nikt też nie dziwi, że ten kilkugodzinny spacer wlał życie w ciało Judyty, bo facet którego właśnie poznała okazał się tym, czego potrzebowała. Pragnęła więcej – a jakże! Ale żeby być bardziej szczerym muszę Wam powiedzieć, że czasem sami nie wiemy, że czegoś chcemy i tak właśnie było z nią.

Księżyc ma dwie strony: ciemną i jasną. Tylko jedną z nich zawsze zwrócony jest ku Ziemi. Są rzeczy, o których myślimy z odwagą, ale są też i takie, wśród których żyjemy lub, które przeżyć pragniemy, ale trzymamy je w ciemni umysłu. Kto, jak kto, ale ja się nie dziwię, że gdy Harry ciągnął Judytę przez bramę na stare podwórze, gdzie były kamienice z czerwonej cegły jej usta, (ale tylko usta, nie dusza) rzekły:
– Nie, nie! Nie tu! Proszę! Ja też chcę. Wszędzie, ale nie tu! Ktoś może wejść, wyjść. Tam chodzą ludzie! Boże!…

Słusznie nie reagował na jej protesty. Który człowiek wie naprawdę, co jest dobre dla niego, a co nie? Znalazł w niej jakiś czuły punkt. Gdzieś było coś, co sprawiło, że mógł zrobić z nią – wszystko? No, przynajmniej to. Coś w niej pozwoliło mu… Mówię Wam szczerze:, gdy całuje się kogoś w dobrej wierze tak, że rzeczy, które nie są całowaniem małe mają znaczenie (albo nie mają go wcale) wtedy dzieje się coś, o czym nie piszą w podręcznikach dla dzieci: ciemna strona księżyca świta w umyśle i – ciii, to tajemnica!… – ona nie musi zabijać, ona może dawać życie!…

Jeśli kiedykolwiek pozwolicie, by opary rozumu opadły i spojrzycie wtedy na swoją okolicę możecie jej nie poznać, może się nawet przerazicie. Musicie mieć odwagę. Inaczej nie radzę przekraczać granic powszechnie uznanych za nieprzekraczalne. (Granice są sztuczne, życie w nich ciasne, ale bezpieczne, w tym sensie, że wszystko jest tak dobrze znane.) Zadaj sobie pytanie: czy wolisz umrzeć na poziomie, na którym było Ci dane urodzić się, czy też wolisz się wspinać, nawet gdyby czasem z drżącym sercem trzeba było nazywać nienazwane lub dotykać to, co niedotykalne?

Jeśli to pierwsze – nie czytaj dalej.

Był zmierzch. Plecy Judyty w ścianie z cegły szukały oparcia. Musiała wypuścić z ręki białą torebkę. Po co, po co on całuje tak, jak wariat? Zerkała na prawo i lewo – czy nikt nie idzie? On klęknął przed nią, na piach.
– No co Ty! – szepnęła.
Chwyciła go za włosy. Wiedziała, czym to się skończy. Kazała mu wstać. Nie słuchał się. Jej sukienka była zbyt krótka. Na szczęście rankiem, pod wpływem jakiegoś przeczucia, wygoliła cipkę. Może to miłe, gdy jego usta całują jej uda wyżej, wyżej, coraz wyżej – Judyta słucha, czy nikt nie idzie? Patrzy w lewo, w prawo, szuka kogoś w oknie… – a może, może powinna skupiać się na swych udach, po których jak po drabinie jego wilgotne usta wchodzą wyżej, by – kurwa! – znów powtarza ten manewr, schodzi do jej kolan i mami ją dalej, daje jej znać, że niby po to on się tak zniżyłby jej nogi całować. Kłamca! Stukrotny kłamca! Odwleka tę chwilę, ale to oczywiste, że wyliże jej cipkę! Odchylił pasek jej majtek. Judyta prawie wpiła się w ścianę. Dotknął językiem jej łechtaczkę (o tej porze nie mógł jej widzieć, więc pewnie zrobił to przypadkiem, ale jakie to miało znaczenie!?). Wilgotna kotka lubi to wrażenie, jakby ktoś wargami szukał czegoś w niej. Dosłyszała mlaskanie. Tak czarny kotek mógłby pić swe śniadanie. To było słodkie. Zerkała w ciemność. A jakie nieprzyzwoite!
„Ty łotrze!” – pomyślała.

loading…



Drapała jego głowę pazurami. Spojrzała w dół. Między swoimi nogami widziała ciemną plamę. Równie dobrze to sam diabeł mógłby ją lizać. Nie potrafił opisać jej smaku, ani zapachu. Może nawet pięcioma zmysłami nie czuł nic, a jednak jej cipka sprawiła, że jego ogon zyskał twardość węgla i wydzielał ciepło, gorąco, jak smoła.
„To woła o pomstę do nieba!” – Judyta myślała, że gdyby widział tak właśnie krzyczałby ten, co wychylał się z okna z na przeciwka, na piętrze i trzepał koc.
– Och, nie! – jęknęła Judyta.
Zacisnęła powieki, naprężyła się. Ścisnęła pięści, aż pociągnęła go za włosy. Sprawiła mu ból. (Jeśli to w ogóle czuł nie dał nic po sobie poznać.) Wybuchła bomba ciepła, gorąca… Nie przestała jeszcze dygotać, gdy polecił:
– Klęknij!
Myślała, że teraz to ona będzie musiała mu dawać to samo, więc opadła na kolana.
– Nie tak! – powiedział. Z rozporka na wierzch wyciągał kawał kutasa.
„O Boże! Nie!” – Judyta pomyślała o seksie na schodach, od tyłu.
– Tak, pieprz mnie! – szepnęła mając jego fiuta tuż przy ustach.

Otworzyła buzię ze zdumienia. Przytknęła do niej rękę. „Pieprz mnie?” – Czy to były jej słowa? (Ciemna strona księżyca, ciemna. Niegrzeczna dziewczynka, niegrzeczna…) Znalazł w niej jakiś czuły punkt. Gdzieś było coś, co sprawiło, że mógł zrobić z nią chyba wszystko. Coś w niej pozwoliło mu. Nie czekał, aż ona pozbędzie się zdumienia. Ułożył ją w pozycji na pieska. Sukienka była ściągnięta do talii. Mógł dotykać jej pośladki. Zatrzęsła się. Ten dotyk był jak pociągnięcie smyka na skrzypcach. Następny też…
– Mmmm…
Ciężkim kutasem wpychał się, odchylając majtki, do jej mokrej szparki. Poczuła ulgę, gdy zmieścił się w niej cały. „Takim fiutem mógłby wyruchać cały burdel”, pomyślała.
– No dalej! Dawaj! Dawaj! – syknęła mimo woli.
Mocniej zacisnęła szczęki, by nie mówić więcej, by nie zdradzać sobie, ani jemu tego, czego zdradzać nie wypada. „Całe życie czekałam na drania, który nie będzie się obawiał niczego we mnie, ani niczego poza mną.” Dłonią uderzył ją w pośladek. Jęknęła. Przygryzła palce. A potem pierdolił, trzymając ją w tali. Zaparła się ręką ściany. Złamała paznokieć, może dwa.
– Kurwa… – powiedziała cicho – Tak! Tak!

„To nie boli!”, pomyślała, bo zawsze się bała, że może boleć, gdy ktoś będzie ją pie….ił tak, że brzęk sprzączki od jego paska będzie dźwiękiem ciągłym. (Należy wątpić, by w tym momencie ona się bała, że ktoś zechce sprawdzić co to za hałas…)
– Mamo! – jęknęła. Zbrakło jej słów.
Wygięła się w łuk; wypięła mocniej, twarzą – w miarę możliwości – przylegając do pięści, których kostki trą o powierzchnię kamiennej podłogi i będą boleć, gdy ona się otrząśnie z tego szaleństwa. Choć coś już ją boli…

Bo czy nie jest tak, że jego strzała nie ma litości dla tych praw, którym Judyta do tej pory ulegała? Czy nie jest tak, że ta strzała ma szpony i wpija się w jej serce, rozszarpuje je na drobne kawałki, które drgawki i skurcze wyrzucają później na zewnątrz wraz ze łzami, by jej wnętrze było puste, by mogła wchłonąć świetlista próżnię i doświadczyć spokoju po gwałtownym boju na polu miłości? A miłość ma dwie strony, ciemną i jasną. O jasnej mówiły miliony, więc ja, by być szczerym mówię o tym, co inni przemilczeli. A że zapomnieli również dodać, że czarne i białe zdają się raczej ze sobą współpracować, dlatego wszystko, co piszę wygląda jak wygląda. Kropka.

Szlochała w kącie, gdy jego lśniący członek lądował z powrotem w spodniach. Podniósł ją, postawił na nogi, przytulił, pogładził po głowie.
– Boże, nie zostawiaj mnie! Kocham Cię! Bądź już zawsze przy mnie, zawsze! – ścisnęła go rękoma. („Nie oddam, nie oddam!” mówiła tym
gestem.)
– Coś Ci pokażę! – szepnęła. Rozejrzała się za torebką, kucnęła, podniosła ją. Sięgnęła do środka.
– To karta Tarota… – trzymała ją przy jego oczach. – „Wieża.” Wyciągnęłam ją dziś. Ona określa ten dzień. Ten dzień to przełom. Przełom to Ty. Wtedy usłyszała, jak ktoś prawie zbiega po schodach w klatce na przeciwko.
– Chodź!!! – jęknęła do Harry’ego sądząc, że to do nich ktoś schodzi. Chwyciła go za dłoń, ale wypuściła tę rękę. Pobiegła, a biegnąc poprawiała sukienkę.

loading…



Nie słyszała już, jak żona w oknie na piętrze naprzeciwko, wychylając się, wrzeszczy na męża:
– Ochujałeś!? O tej porze będziesz dywan trzepał!?
A Judyta biegła, biegła. Aż zmęczyła się. Uśmiechnęła się, myśląc o swoim szaleństwie. I obróciła się, myśląc że Harry za nią biegnie. Wtedy zrzedła jej mina. Harry to nie był ktoś, kto mówi, co mu ślina na język przyniesie. To nie był ktoś, kto biegnie niepotrzebnie. Nie boi się, nie spieszy, bo i po co?

Judyta rzuciła się pędem w tamto miejsce. Serce waliło jej jak werble przed niebezpiecznym numerem akrobaty na cyrkowej scenie. Na podwórzu, w niewidocznym o tej porze kurzu, łysy facet wyżywał się na dywanie po kłótni z żoną. Judyta podniosła porzuconą „Wieżę”. Ten dzień to przełom – tak. Przełom to on – nie. Była sama. jak zawsze. Szlochała skulona w kącie.

Hej, nie płaczcie! Pamiętacie, jak powiedziałem, że Harry trafił na jej czuły punkt? Miałem rację! Wszystko będzie dobrze (a przynajmniej taką miejmy nadzieję). Gdzie ten punkt był? Nie wiem, gdzie! (A nawet jeśli wiem, to i tak Wam nie powiem!) W jej pochwie, na skórze, w umyśle, czy w jej duszy – Boże, gdziekolwiek! Czy to ma jakieś znaczenie, gdzie?! Najważniejsze jest, że otrzymane wrażenia zmusiły do ujawnienia się jej instynkty, które drzemią gdzieś głęboko i czekają chwili jak ta, w której bosko mogą powiedzieć: „Choćbyście starali się nas wytępić jak Hitler Żydów i tak Wam się nie powiedzie!!!” (Ciemna strona księżyca zachwyca ludzi, więc dlaczego by o niej nie mówić?) Nikt inny potem nie musiał tego powtarzać za nim. Ona już wiedziała. I wszystkich mężczyzn, których spotykała na swej drodze, a którzy czuli się srodze zagubieni w meandrach jej ciała oświecała mówiąc czego chce, jak i gdzie. To było prawdziwe wyzwolenie przyszłej studentki wydziału prawa. (Sorry, ale nie możecie wiedzieć, gdzie studiowała. Owszem, jest bardziej odważna, niż była kiedyś, ale jej życie to poważna sprawa i dziewczyna nie może się ujawniać.)

Jak się wzięła w garść i wyszła z tego podwórza przechadzała się rozglądając się po ludziach. Starówka była taka sama. Niejedna para gruchała ze sobą. Ktoś grał na skrzypcach. Gdzieś tynk się sypał. Jakiś pijaczyna szedł trzymając kupione pół litra, bo przez cały dzień pokazywał kierowcom nieopodal, gdzie jest miejsce, by parkować. A nie mówiłem!? Ty przekraczasz sobie granice, w najlepsze, na całego, tymczasem nic nikomu do tego. Każdy żyje, jak żył, jak chce. Zatem do prostego dochodzimy wniosku: być sobą to jest coś, czego nie można zrobić za kogoś.

Płaczesz – świat się nie zatrzyma. Skaczesz z radości – świat nie wstrzyma oddechu. Twoje życie, Twoja sprawa. Pa, pa!