Wigilia Matyldy

Przeczytano: 691 razy
Wigilia Matyldy

Wigilia MatyldyNic nie wskazywało na to, że pogoda kiedykolwiek się poprawi. Wciąż padało. Płatki śniegu unosiły się po horyzont. Spike nie był bynajmniej szczęśliwy, wręcz przeciwnie, stojąc zmarznięty wyglądał jak siedem nieszczęść. Wszystkie znaki, które dostrzegał na niebie, ziemi i w wyobraźni podpowiadały mu, że ten dzień skończy się dla niego tak jak wszystkie poprzednie, czyli nędznie. Dochodziła 19:00, przechodnie umykali, czym prędzej do ciepłych domów a on grzebał w portfelu. Niestety wszystkie przegródki były puste. Ponownie włożył do jednej z nich palec, ale uczynił to chyba tylko po to, aby zobaczyć go z drugiej strony. W portfelu nie miał już nic, ani przysłowiowego centa. O tym, że jeszcze niedawno był szczęśliwym posiadaczem zielonych banknotów przypominały mu dwie pokaźnych rozmiarów papierowe torby, które chwilowo, na czas rozpaczliwych poszukiwań gotówki postawił na ziemi. Sprawdził kieszenie w spodniach i kurtce, stary bilet autobusowy wyrzucił na chodnik.
– No tak, znowu do domu będę drałował na piechotę – pomyślał. – W lecie, na świeżym powietrzu – czemu nie! Ale zimą, na godzinę przed wigilią? Ależ Matylda się wścieknie….. Na myśl o żonie wzdrygnął się. – Znów będzie to samo. W tej sprawie nie będzie zmiłuj się, Matylda nienawidziła jak się spóźniał. Nigdy tego nie tolerowała. Wrócił wspomnieniami do tego wieczoru, kiedy się poznali. Była wtedy taka… hmm… apetyczna… Historia lubi się powtarzać. Tamtego dnia już prawie zrezygnował z wyjścia na studniówkę, wciąż nie miał partnerki i był prawie pewien, że znowu stanie się pośmiewiskiem całej klasy. Jednak w ostatniej chwili ojciec kogoś przyprowadził do domu. To była ona. Stał na werandzie wpatrując się w nią.
– Jestem Matylda, mieszkam obok i słyszałam od twojego taty, że nie masz z kim iść na studniówkę. Jeśli to prawda to chętnie z tobą tam pójdę – powiedziała.
– Taaak…., oczywiście – wykrztusił zmieszany.

Z braku laku…. myślał taksując ją wzrokiem. Nie wyglądała wprawdzie jak boska Marylin, za którą szaleli wszyscy faceci od New Hempshire po Kalifornię, ale już sama jej obecność wzbudziła jego ciekawość. Stała przed nim wyższa o głowę, szersza w pasie niż on i ojciec razem wzięci i uśmiechała się. Poszli na ten bal a potem się jej oświadczył i zamiast w collegu wylądował z nią na farmie jej rodziców za miastem. Teściowie szybko umarli, dzieci nie mieli a czas mijał im jednostajnie i miarowo. Tylko Matti – jak ją pieszczotliwie nazywał – puchła, robiła się coraz pulchniejsza, pełniejsza i z każdą wiosną bardziej okrągła. No i jeszcze te jej wymagania…. nie dawał rady zaspokoić wszystkich jej perwersyjnych zachcianek. Podniósł oczy, ponownie spojrzał na zegarek.
– Oj, niedobrze – mruknął pod nosem.

Z żalem spojrzał na odjeżdżający autobus i ruszył w drogę. Po czterdziestu minutach marszu musiał na chwilę przystanąć. Pot wartkim strumieniem spływał mu po plecach i wsiąkał w jego ulubione beżowe i niestety cerowane kalesony. Twarz nabrzmiała od wysiłku wyrażała rozpacz. Jeszcze tylko kilometr – wędrowcowi kołatało się po głowie. Świąteczna kura pachnąca i gorąca w chwili zakupu, teraz była już tylko bryłą lodu i z każdym metrem stawała się coraz cięższa. Torby z zakupami były przemoczone a ich zawartość niedługo znajdzie się w śniegu tworząc jakiś pieprzony, futurystyczny long drink – szybka myśl przemknęła przez głowę Spika.
– Boże wybacz za słowo pieprzony i spraw abym dzisiaj odpoczął – słowa kierowane przez Spika w niebiosa, niewiele obchodziły Matyldę, która stojąc przy oknie saloniku kreśliła słupki oznaczające każdą minutę spóźnienia i tradycyjnie już czekała na tego małego łysego gnoma, który na całe nieszczęście świata był jej mężem. Pomimo całej swojej niezaradności był jej jednak przydatny.
Tyle z niego mam, że przynajmniej musi się mnie słuchać a niechby się chciał postawić to… – uśmiechnęła się złośliwie, drapiąc widelcem w podeszwę. Rzeczywiście, na stole brakowało jednego sztućca.

Mgła ustępowała. Z oddali, oczom Spika wyłonił się zarys zabudowań. Rozpoznał kontury domu Matyldy. Światło zapalone w saloniku wiodło go do kładki przerzuconej nad rowem melioracyjnym. Nikt już nie pamiętał, dlaczego zmeliorowano tę okolicę skoro nigdy tutaj nie siano zbóż. Faktem jednak jest, że rów istniał, o czym dane było Spikowi nieraz boleśnie w przeszłości się o tym przekonać. Nadto, odkąd świat – światem a Johnsonowie – Johnsonami, na ich farmie zawsze pasło się bydło. Ten rów jest całkiem użyteczny jako naturalna granica, poza którą bydlątka nie ruszają się a co za tym idzie oszczędzają kłopotu ich właścicielom. Spikowi również weszło w nawyk nie przekraczanie tej granicy a jeśli już to na wyraźne polecenie Matyldy, jak dziś…. Czasem jednak rów stanowił dla niego ostatnią ostoję wolności będąc doskonałą kryjówką, bowiem zdarzało się nieraz, iż poczciwina za jakiego Spike się uważał musiała salwował się ucieczką przed nadmierną agresją krewkiej małżonki. Ale dzisiaj te rachuby nie były możliwe, rów skuty był lodem. Rad, nierad, noga za nogą, z wyraźnie rosnącym strachem na twarzy Spike zbliżał się do drzwi wejściowych. Mimo ciemności uważnie spoglądał na klamkę modląc się w duchu o to by nie została ona zbyt wcześnie otworzona przez żonę.

loading…



Tymczasem Matylda, ukończywszy przygotowywanie kolacji, po zastanowieniu, szykowała się do wymierzenia kary spóźnialskiemu. Samo obmyślanie tortur sprawiało, że czuła wilgoć w majtkach. Z każdym dniem, miesiącem i rokiem jej zapał do tego typu zajęć rósł a wraz z nim precyzja i wyrafinowanie. Stawała się perfekcjonistką w wykonywaniu tego co lubiła. A umiała już całkiem sporo. Pod jej tresurą Spike szybko nabierał nowych nawyków. Wprawdzie we wrześniu nie wykazał entuzjazmu w struganiu desek na ławę pokutników, lecz Matti za pomocą pejcza z byczej skóry skutecznie przekonała go do solidnej pracy. Do tej pory jej cipka reaguje na wspomnienie tamtej chwili. A przecież w gruncie rzeczy poszło o głupstwo. Spike uważał, że wystarczy wywiercić w ławie otwory na rzemienie, którymi byłby do niej przytwierdzany, ale ona zarządziła aby przymocował żelazne obroże na ręce, szyję i nogi. Spike protestował, więc mu przyłożyła. Ach, jak pięknie było patrzeć jak kuli się przed razami, jak zasłania twarz przed biczowaniem, jak żebrze….. Dębowa rękojeść w kształcie fallusa leżała idealnie w dłoni Matyldy. Z doskonałą regularnością i znaczną siłą pokazującą wprawę użytkownika, rzemienie pejcza lądowały na plecach, głowie i udach mężczyzny.
– Przestań, przestań, proszę….. Zrobię co tylko zechcesz…. – błagał na próżno. Matylda czuła, że zaraz będzie miała orgazm. Gdyby była mężczyzną to by się spuszczała przez tydzień, tak to czuła.
– Ty psie, niczego cię nie nauczyłam – krzyczała – do nogi eunuchu!
Trochę niezdarnie, Spike przysunął się do żony, po czym szybko zaczął całować i lizać jej stopę. Nie miało znaczenia, że paznokcie były wyrośnięte a lakier odprysł. Ważne było, że są to stopy pani, jego pani. Matylda wstała, zdjęła klapka z drugiej stopy i założyła nogę na nogę rozpierając się w fotelu.
– Liż dalej – rozkazała.
Czym prędzej jej drugi paluch znalazł się w ustach mężczyzny?
– Szybciej, szybciej! – krzyknęła bezładnie okładając plecy leżącego.
– Już…. już…. już…. ooooooch…. taaaaak…. – poczuła, że jej krocze zwarło się w silnym uścisku. Obfite piersi wylewały się spod obcisłej lateksowej koszulki. Przez chwilę tkwiła tak nieruchomo. Zdawać by się mogło, że straciła wzrok, gdy gałki oczne odpłynęły w tył głowy a z ust potoczyła się ślina.
– Och…. – jęknęła ostatecznie. – A teraz dobry chłopiec dogodzi swojej pani i wypije jej soczki, prawda kochanie? – zadźwięczały słowa w powietrzu nie będąc bynajmniej pytaniem.

Z ust mężczyzny płynęła krew. Kopniak, który otrzymał przed sekundą, kiedy jego pani jęczała w ekstazie był jak zwykle celny. Ledwo chusteczką przetarł usta a już musiał zdejmować majteczki z Matyldy. Majteczki? Majty chyba. Tuzin wojska w nie się zmieści i jeszcze zostanie miejsce na armatę – zachichotał w duchu. Wtedy je zobaczył. Zawsze były duże, lecz dzisiaj wręcz poraziły go swoją wielkością. Wywinięte na zewnątrz, wargi sromowe wyglądały jak przyschnięte liście tytoniu. Spikiemu porównanie wydało się dość trafne, zważywszy, że jedno i drugie zazwyczaj zwisa i powiewa, liście są długie i to-to też oraz obie rzeczy pcha się do gęby.

Po różnych wieloletnich przejściach, czerwone dolne wargi Matyldy ledwo mieściły mu się w ustach a tak naprawdę to już się nie mieściły. Miał przeczucie, że teraz jednak nie będzie musiał ich lizać, również wkładanie ręki, po nadgarstek jak to ostatnio bywało, też go ominie.
– Pochyl się i czekaj – usłyszał krótki rozkaz. Uczynił co kazała i zamknął oczy. Ciepły mocz zalał mu twarz, usta i nos. Ściekał po policzkach. Otworzył usta i przełykał ile mógł. Przyzwyczaił się już do tego smaku. Strugi żółtego płynu spłynęły na podłogę. Spike nie mógł złapać tchu, żołądek miał już pełny i zbierało mu się na wymioty. Jednak strumień moczu był już mniejszy aż poczuł, że źródełko wyschło.
– Smakowało? – szorstki głos przywrócił go do rzeczywistości.
– Tak kochanie, poproszę o jeszcze – odpowiedział ocierając dłonią usta.
– Zatem słuchaj wypierdku, moją pizdeczkę wyliżesz kiedy indziej ale najpierw będę chciała poczuć twój jęzor w dupce. Ale to też później, jasne? A teraz zmyj podłogę szmaciarzu – słowa Matyldy padały jak pociski.

Potem wstała, zapięła szlafrok i sapiąc ruszyła w stronę kuchni. Dobrze pamięta tamtą sytuację. Było miło i dziś też tak będzie – postanowiła. Odwróciła się od okna i spojrzała na zegar. Właśnie wybijał 21:00. Godzina spóźnienia – to będzie jakieś 60 batów, po jednym za każdą minutę. Tak, dzisiaj będzie zaspokojona – pomyślała zadowolona.

Do drzwi zostało mu tylko kilka metrów, kiedy zobaczył swoje sznurówki wyżej niż miał głowę. Potem przez chwilę nie widział nic. Na cichym zimą podwórzu rozległ się trzask łamanych kości. Już po mnie, skręciłem kark – z trwogą przebiegło Spikiemu przez głowę. Rano był siarczysty mróz, wodę z miednicy wylał wprost przed drzwi a kiedy ta zamarzła utworzyła małe lodowisko. Niezamierzenie swoim postępkiem osiągnął efekt edukacyjny. Głupota jednak boli. A jego bolało wszystko, co oznaczało, że może jednak karku nie skręcił. Zamrugał oczami, delikatnie ruszył głową, potem nogą jedną i drugą a następnie rękami. Był potłuczony, kości miał całe lecz ten trzask nie dawał mu spokoju. Cóż to było? – myślał – boże, nie… – skurcz skrzywił u twarz – …jajka…, Matti mnie zabije. Zajrzał do jedynej ocalałej torby. Drugą ze świątecznym kurczakiem wcześniej zgubił w zaspie. Wtedy je zobaczył. Próżno by wyliczać: dwadzieścia pięć jaj, kilogram mąki, kilo cukru, masło – wszystko tworzyło jedną zbitą kompozycję, w której rozbite skorupki wyglądały jak rodzynki w cieście. Prawda była smutna. Teraz nie miał już nic, ani biletu, ani pieniędzy, ani kurczaka i był bez jaj. Miał za to w perspektywie spotkanie z Matyldą.
– Spike to ty? – rozległ się znajomy głos. Podniósł głowę, światło wylewające się z domu na moment go oślepiło. Zmrużył oczy. Teraz nic nie mógł już zrobić. Z każdą sekundą twarz Matyldy robiła się bardziej lodowata. Może to od mrozu w końcu mamy zimowy wieczór, wigilijny… – pomyślał z rozpaczą.
– Jazda do domu – dobiegł go wściekły głos żony dobiegający spomiędzy zaciśniętych szczęk. Przemknął szybko obok niej i już mu się zdawało, że bezpiecznie dotrze do schodów na piętro, gdy – tak jak zawsze – silna ręka usadziła go w miejscu po to by zaraz rzucić nim o podłogę. Matylda zamknęła drzwi.
– Gdzie jest nasze świąteczne kurczę?! – ryknęła. – Zgubiłeś?! – Gdzieś tyle był?! – Będziesz ukarany!!! – Do piwnicy gnomie!!!
Lepiej posłuchać, sprzeciw tylko pogorszy sprawę – pomyślał Spike i jęknął.
– Już idę kochanie. Posłusznie jak baranek zszedł na dół i zapalił światło.

loading…



Wisząca na kablu, zakurzona żarówka dawała mało światła. W pomieszczeniu dało się wyczuć lekki zapach stęchlizny. Wszystko było na swoim miejscu, tak jak kiedyś ten pokój urządził. Pod ścianą, naprzeciwko schodów znajdowały się przytwierdzone do kamiennej posadzki, solidne dębowe dyby z otworami na głowę i ręce. Były tak skonstruowane, że osoba w nie zakuta zmuszona jest klęczeć wypinając pośladki. I tak też bywało w praktyce. Kiedyś Matti przyprowadziła kogoś do domu, ale do dziś Spike nie wie kto to był. Pamięta tylko, że usłyszał jak ciężkimi krokami ktoś zbliża się od tyłu. Ręce miał unieruchomione a na głowie zarzucony czarny worek, zatem nic nie widział. Nie mógł się też obrócić. Poczuł, że ktoś ściąga mu szorty a ból, którego zaraz po tym doświadczył wskazywał na to, że ów tajemniczy, zasapany i cuchnący potem ktoś, wsadził mu swojego kutasa prosto w odbyt. Zamknął wtedy oczy i liczył jak tamten się rozpędza. Raz, dwa, trzy…, siedem…, sto czterdzieści… – w końcu przestał liczyć a tamten wkrótce skończył. Dobiegł go tylko radosny śmiech Matyldy. Podbiegła zaraz do niego i rzekła:
– To dla ciebie skarbie. – Niespodzianka imieninowa.

Wyrwał się z zamyślenia. Podszedł do stojącego na środku pomieszczenia drewnianego łóżka i odwrócił się. Jego pani właśnie kończyła sznurować buty. Nie miał o nich dobrego zdania. Czarne, sięgające po uda, ze spiczastymi czubami na wysokim obcasie były bolesną bronią. Matylda podeszła do ściany i zatrzymała się. Spike patrzył na jej niezdecydowanie. W końcu spośród bogatej kolekcji kilkunastu batów, pejczy i szpicrut wybrała swój ulubiony pejcz i gumową rękojeścią i plecionką na długim rzemieniu. W innej sytuacji Spike pomyślałby, że stoi przed nim Indiana Jones w spódnicy, lecz nie tym razem. Nie bał się bólu, raczej nie mógł doczekać się kary. W chwilę później leżał już na ziemi. Silne uderzenie w nogi sprawiło, że stracił równowagę.
– Za każdą minutę spóźnienia dam ci odpłatę! – Nie będziesz mnie lekceważył, ty psie!!! – wrzasnęła Matylda. – Kładź się!
Mężczyzna posłusznie położył się na łóżku a bat świszczał mu nad uszami. Takie zdarzenia niezmiernie sprawiały Matyldzie satysfakcję. Była kimś ważnym, miała władzę, którą się upajała i miała niewolnika. Życie nie mogło się lepiej potoczyć – myślała. Skończywszy wyliczoną liczbę razów zwinęła pejcz i otarła pot z czoła.
– Ściągaj spodnie! – rozkazała.

Spike odpiął guzik, rozpiął rozporek i zsunął spodnie. Na nogach widać było ślady po rzemieniu. Spojrzał na nie, jego penis niczym rycerska pika stał wyprostowany. Uwielbiał służyć Matyldzie. Lizać jej buty i stopy, dotykać cipeczki, spijać jej soki. Czasem chyłkiem z ukrycia podawał jej do wypicia piwo po to tylko, aby potem czuć jak zalewa go całego a wtedy on siorbał, cmokał i lizał aż po ostatnie krople. Tak, uwielbiał to, odkąd posmakował tego pierwszy raz na studniówce. Matylda nigdy nie nosiła podpaski a Spike był jak ścierka – zlizywał wszystko.

Kobieta uśmiechnęła się, podeszła i ujęła penisa dłonią ubraną w czarną, koronkową rękawiczkę. Drugą ręką odrzuciła pejcz i zwinęła palce za wyjątkiem wskazującego, który wchodził powoli w odbyt Spika. Mężczyzna zamknął oczy. Z tyłu czuł mrowienie, oblizał wargi. W jego dupce były dwa, dymające go na zmianę palce zaś z przodu, pierwszy raz od miesięcy, pochylona Matylda rytmicznie obciągała mu druta. Czasami miała na to ochotę. Dziś chciała zasmakować spermy. Nabrzmiały członek wypełniał jej usta. Ssała go jednocześnie przeciągając po nim ręką od nasady po główkę. I może ten stan wzajemnego niebytu trwałby do Nowego Roku gdyby nie to, że Spike się nie spuścił. W momencie, gdy zaczął charczeć a z ust żony wypłynęła spieniona sperma, wszystko stało się jasne. Co nie wylądowało w rozdętym żołądku Matyldy to skapywało na czubek jej lewego buta.
– Czas na ciebie Spike, nie ociągaj się – rzekła Matylda rozcierając resztki spermy po pulchnych policzkach.
– Tak jest, już się zabiera do rzeczy – odparł. Po czym padł na kolana, objął rękami nogi żony i zwinnym kocim ruchem błyskawicznie, co do plemnika zlizał całą zawartość czubka buta. Równie sprawnie zdarł z niej spodenki i oparł głowę o łóżko. Matylda rozsunęła nogi i przykucnęła. Jej pizdeczka dotknęła twarzy Spika. Ten zaś wtłoczył swój język pomiędzy łechtaczkę a owłosione czerwone płaty jej źródła rozkoszy.
– Szybciej, mocniej! – kobieta ponagliła go. Podciągnęła męża i siadła mu okrakiem na twarzy. Tym razem uważała, aby zbytnio jej nie przydusić. Kiedyś Spike był przez chwilę niedotleniony i teraz mówi pięknym sopranem.

Matylda pomału rozpędzała swoje studziesięcio kilowe ciało. Kołysała się szybko i energicznie. Jej oddech zwalniał to znów przyśpieszał. Spike miał przed oczami tylko pośladki. Dokąd nie sięgnął wzrokiem tam była dupa, aż po horyzont. Tak było od tygodni, miesięcy i lat. Świat, w którym żył wypełniała mu dupa. Dupa Matyldy. To był jego świat.