Modliszka

Przeczytano: 330 razy
Modliszka

ModliszkaJestem artystą, artystą-malarzem. W szkole podstawowej nauczycielki mawiały mojemu ojcu: „Zdolny, ale leń”. Tak było również w liceum i pewnie podobnie by było na studiach, gdyby nie to, że na studiach nie ma wywiadówek. Wykładowcy miast mówić to mojemu tatusiowi, powtarzali to mnie. Wiedziałem o tym od dawna, ale za każdym razem udawałem, że jest mi niesłychanie głupio z tego powodu. Za każdym razem obiecywałem też, że się poprawię i zacznę nad sobą pracować. Na trzecim roku już mi nie uwierzyli i pożegnałem się z uczelnią, a właściwie uczelnia pożegnała się ze mną.

Armia dopadła mnie błyskawicznie i wessała w swe równe szeregi. Szybko okazało się, że mogę się całkiem nieźle urządzić chałturząc koszmarne „kity”, „chusty” etc. Mój największy „talent” rozwijał się jak najbardziej prawidłowo. Szybko pojąłem starą prawdę, że „pracę należy szanować”. Swój szacunek do pracy pielęgnowałem dziergając koszmarki dla „dziadków”. W związku z tym, że praca posuwała się wolno, a terminy goniły, byłem zwalniany ze wszystkich „rejonów”, co – nie ukrywam – szczególnie mi odpowiadało. Dbałem przy tym o to by jednak w pracach nad wiekopomnymi dziełami w postaci wspomnianych chust i kit widać było jakiś postęp. Dziadkowie byli zadowoleni, ja miałem święty spokój i wszystko było „cacy”. Szanowałem pracę jak tylko potrafiłem najlepiej.

Swój szacunek do pracy postanowiłem pielęgnować po ukończeniu zaszczytnego obowiązku zasadniczej służby wojskowej. Staruszkowie jednak orzekli, że muszę się czymś zająć i zacząć zarabiać pieniądze. Ochoczo przystąpiłem do działania – kupiłem sobie duży, ogrodowy parasol, dwa krzesełka, nową sztalugę i paczkę węgli. Ustawiłem to wszystko na Długiej i kontynuowałem pielęgnowanie mojego ulubionego zajęcia. Na początku szkicowałem twarze niemieckich turystów ale szybko doszedłem do wniosku, że o wiele łatwiej i szybciej szkicuje się za każdym razem ten sam kształt. Jako swój model wybrałem faceta z trójzębem w ręku. Po miesiącu doszedłem do perfekcji, która gwarantowała mi ukończenie szkicu w 10 minut. Pięć, sześć szkiców i resztę dnia spędzałem na studiowaniu perfekcyjnej niekiedy budowy damskich tyłeczków, ud, łydek i piersi osłoniętych niekiedy chyba tylko pro-forma.

Moje studia przerywali raz po raz natręci, którym monotonie powtarzałem cenę za moje dzieła. 40-50 marek dziennie minus koszty w postaci „daj Pan na wyno” twarzowca w dość zmęczonej marynarce. Dawałem chętnie – był to stosunkowo tani sposób zapewnienia sobie świętego spokoju aż do następnego ranka.

Kończyłem właśnie kolejną wersję faceta z trójzębem gdy pod sztalugą ujrzałem małe bose stopy. Było dość ciepło, ale żeby paradować po Starym Mieście na bosaka? Wychyliłem łeb zza sztalugi: nagie stopy, nagie kostki, nagie łydki, nagie kolana, nagie uda… UFF! Wreszcie kawałek materiału… Potem znów nagi brzuszek, kawałek materiału i nagie ramiona, jasne kosmyki włosów, nagi podbródek i… jaka śliczna buzia!
– Hę? – zapytałem jak zwykle niezwykle grzecznie.
– Rysujesz? – zapytały karmazynowe usteczka.
– Ryby łowię, proszę nie hałasować!
– Można zerknąć?
– To jest za darmo…
Zerknęła.
– Ładne – wyraziła uznanie i przepuściła przez buzię filuterny uśmieszek – Narysowałbyś mi portret?

Zerknąłem na nią raz jeszcze. Nie znalazłem absolutnie żadnego miejsca, w którym to cudo natury stojące na bosaka przede mną mogłoby schować pieniądze.
– A diengi u T’iebie jest’?
– Słucham?
– Mamona…
– Co? – roześmiała się tak ślicznie jak tylko może się roześmiać bosa nastolatka na Długiej.
– Pytam, czy masz pieniądze.
– A ile to kosztuje?
– Co?
– No… portret…
– Pięćdziesiąt plus jedna.
– Pięćdziesiąt plus jedna co?
– Pięćdziesiąt uśmiechów plus jedna kawa.
– Muszę policzyć – uniosła oczka do góry i zrobiła minkę, jakby coś usilnie starała się policzyć – Mam tylko 48…
– No to „bulba”. Ja się nie targuję.








W końcu jednak dobiliśmy targu. Stanęło na 48 uśmiechach, kawie, niewinnym buziaku i spacerze po plaży. Portret był udany, ale to na pewno kwestia odpowiedniego światła bo o nagły przypływ talentu bym się raczej nie podejrzewał.
– Czas na zapłatę
– Oczywiście, chodźmy…
Zwinąłem interes i ruszyliśmy Długą w kierunku portu. Spacerowaliśmy długo, potem pojechaliśmy do Sopotu i obserwowaliśmy pomarańczowe świetliki tańczące na falach Zatoki. Miałem coraz silniejsze przeświadczenie, że dziś będę usilnie potrzebował jakiegoś lokum. Nasze ciała były coraz bliżej siebie, nasze dłonie splatały się coraz odważniej i coraz silniej czułem zapach jej półnagiego ciała.
– Wykąpiemy się?

TAK!!! To było wybawienie, pomyślałem i natychmiast pokiwałem znacząco głową. Nie czekając na drugie potwierdzenie zrzuciła z siebie to coś co okalało jej biodra i drugie coś co nieudolnie próbowało zasłonić nierówności jej klatki piersiowej.
– Wow! – pomyślałem i zacząłem nerwowo rozpinać spodnie. Koszulę zrzuciłem już gdy wbiegaliśmy do wody. Była zimna… Brrr! – Jeszcze gatki! – rzuciłem je na brzeg… doleciały. Odwróciłem się w stronę wody – moja rusałka gdzieś zniknęła. Wytężyłem wzrok, ale w świetle zachodzącego słońca widziałem tylko zmarszczoną nieznacznie toń wody i mewy skrzeczące na tle czerwonych cumulusów. Stałem tak przez chwilę, niezdecydowany gdy nagle poczułem jak coś przesuwa się delikatnie po moim ciele. Po chwili z wody tuż przede mną wynurzyła się mokra postać. Przytuliła się do mnie.
– Czas na zapłatę – szepnęła.
– Uhmmm – tylko na tyle było mnie stać.
Jej dłoń dotknęła mojego biodra i delikatnie posuwała się coraz wyżej skręcając ku szyi. Dotknąłem jej ciała chcąc ją objąć w pół, ale zaprotestowała. Zdecydowanie odepchnęła moją rękę.
– To jest moja zapłata – szepnęła.

Jej delikatne palce poznawały się z mą szyją i twarzą by po chwili zejść niżej i niżej i… niżej… Aż osiągnęły punkt najczulszy. Zamknąłem oczy i nie widziałem jak zanurza się w wodzie. Czułem to… czułem jej język ślizgający się po moim torsie, czułem jak mija pępek i czułem jak muska go swoim językiem. Po chwili znów się wynurzyła. Myślałem, że chce zaczerpnąć powietrza, ale ona objęła mnie za szyję i przysunęła się do mnie. Po chwili obejmowała mnie już udami i oddychała coraz mocniej. Zimna woda i jej gorące ciało dawało mi nieopisaną rozkosz. Poddawaliśmy się falom i „żeglowaliśmy” coraz gwałtowniej. Coraz silniej napierała na mnie swoim ciałem, coraz wyżej unosiła się i opadała z coraz większą mocą powodując, że przez moje ciało przelewały się kolejne spazmy rozkoszy. Z trudem utrzymywałem równowagę i z trudem starałem się pohamować podniecenie, które sięgając zenitu rozkazywało mej męskości dopełnić dzieła. Czekałem na nią. Ona cwałowała coraz szybciej i szybciej. Wreszcie poczułem jak jej ciało drży, jak kolejne konwulsyjne skurcze omiatają jej ciało od stóp do głów. Poluźniłem wodze i spełniło się…

Nie czułem nic, poza otaczającą mnie zewsząd błogością. Czułem jak zanurzam się coraz głębiej ale nie byłem w stanie tego powstrzymać, nie byłem w stanie ruszyć ręką ani nogą… odpłynąłem.

***

– Gdzie ja jestem?
– W raju – odpowiedział mi jakiś głos zewsząd i znikąd.
– Aha…
Mojej rusałki już nie nigdy więcej nie widziałem…