Morderczyni zachamowań

Przeczytano: 698 razy
Morderczyni zachamowań

Morderczyni zachamowańDarek o świcie trzasnął drzwiami wyskakując z samochodu. Przebiegając przez ulicę nozdrzami wciągał powietrze i czuł świetnie, że hamował z piskiem opon.
– Nic pani nie jest? Nic pani nie jest? – dopytywał się dziewczyny z powodu, której zatrzymał samochód. Nie dotykał jej. Była naga. Choć mocno opalona to i tak na tle drzewa, do którego była przywiązana musiała być widoczna dla każdego, kto w ten zakręt wjeżdżał. Jej zwieszona głowa mogła sugerować zemdlenie, albo gorzej, może śmierć…

Boże, czy to zrobił jakiś psychopata?… Czy Darek wiedział o tym, że szepcze? Czy widział, jak jej powieki unosiły się powoli i odsłaniały oczy, chłodne oczy morderczyni? Gdy spojrzał w nie dostrzegł tam błysk. W tej samej chwili ktoś go napadł, od tyłu. Nie dosłyszałabyś żadnego krzyku. Ktoś zatkał Darkowi usta, przewrócił go i pociągnął w przydrożny rów. Zakneblował, związał ręce i nogi i zawiązał oczy, kładąc na brzuch.
– Dziękuję, dziękuję, że to dla nie zrobiłeś! – Karolina rzuciła się Jackowi na szyję, gdy ten ją odwiązał od drzewa. I – jak kropla deszczu ściekająca po szybie – podbiegła do Darka. Darek czuł, jak ktoś do rozbiera, do naga. Ściąga z niego ubranie, zdziera je.
– Ty sukinsynu! – ktoś szeptał. „Ktoś bez sumienia!” – myślał Darek. (Z powodu knebla jego usiłowania by zaprzeczać swojej winie były daremne.)
– Umieraj! – to był głos niebezpiecznie lekki, jaki mają ludzie, którzy robią coś, co sprawia im wielką przyjemność, a poczucie winy jest im obce i – najgorsze – robią to świadomie, w pełni świadomie.
– Umieraj ze strachu, draniu!

Chłodne krople rosy Darek już czuł, a teraz miał poczuć ostrze czegoś zimnego. Błagał myślach swego bezwzględnego oprawcę „Tylko nie to! Tylko nie to!”, gdy ostrze dotknęło jego jajek. Darek nie raz widział w filmach przyrodniczych wiatr, który gonił chmury w egzotycznych strefach klimatycznych szybko, jak nigdy u nas. Są na świecie miejsca, gdzie pogoda tak prędko zmienia się jak pogoda jego ducha po tym, gdy doświadczył, że ktoś chucha w jego jajka, a potem, potem wkłada mu w odbyt ostrze, ostrze języka ciepłego jak podniecona cipka. Karolina przewróciła Darka na wznak. Jego fiut stanąłby szybciej, gdyby nie strach. Usta, język i ręka, usta, język i ręka… Wolno, bo wolno, ale nawet w tej atmosferze podniecenie może się wylęgać. To nic, że namęczyła się trochę pieszcząc go, bowiem w tej wojnie na emocje strach musiał w końcu oddać pole słodkiej naturze mężczyzny. (Natura nie jest dobra, ani zła. Natura to fakt. Czerp wiedzę na jej temat, by
znajomość praw była dla Ciebie źródłem korzyści.)

Karolina wiedziała, że zaraz ziści się jej marzenie. Gdy go sobie wkładała, stróżka lepkich soków ściekała z jej cipki. Usiadła. Miała go całego w sobie. Boże! Ta purpurowa ciasnota w jej wnętrzu, pełnia – jakby wschodziło tam słońce. Do diabła! Ochota, której rzeka rozpłynęła się po jej ciele w dużej mierze wynikała z tego, że on nic nie widzi, ma zakneblowane usta, związane ręce i nogi, nic nie może robić, kurwa, nic! A ona będzie go teraz pierdolić i nikt jej tego nie zabroni! Wszystko, co czuła podziałało na nią jak pała na ambitnego ucznia. Za wszelką cenę chciała dopiąć swego. Naga, w trampkach. Gra się dopiero rozpoczęła. Była tylko jedna bramka. Pochylona do przodu, oparta na dłoniach, machała biodrami w przód i w tył. Szeroko rozstawionymi kolanami miażdżyła trawę. Prawie, prawie to miała. Ale wcześniej zmęczyła się. By odpocząć – zwolniła. Patrzyła w dół: łuk piersi zwisał triumfalnie.








Przeniosła ciężar na dłonie i unosiła teraz biodra z prędkością, z jaką znawcy smakują wina. Widziała, jak lśniący fiut znika w jej wnętrzu, gdy najgwałtowniejsza część jej ciała opada; wydychała powietrze i znów się unosiła. Powtórzyła to tyle razy, aż odpoczęła. I – bez ostrzeżenia – ponownie zaczęła go ujeżdżać, pocierać sromem nieruchome ciało. Patrzyła prosto przed siebie. Jej rozszerzone oczy były dowodem natężonej woli. Liczył się tylko jeden cel. Paniczny pościg zaraz się skończy. Nie ma innej możliwości. Ktoś „bogobojny” nie wypowie tego, spróbujmy jednak znaleźć słowa: Na granicy wyczerpania, gdzie normalny człowiek z sił opada, gdzie rozsądku – niczym diabła w kościele – nie trzeba się obawiać ona dostała to, czego chciała – stan, w którym wysychają wszystkie bagna, w którym cichnie wichura zwątpienia i niezdecydowania, stan, w którym można słuchać objawienia – tam Karolina wygięła się w łuk, jakby w jej wnętrzu jakaś siła wystrzeliła ku niebu. Chwyciła się za pośladki i rozchyliła je, by wzmóc rozkosz.
– Ty sukinsynu! – wyrzuciła z siebie.
– Cholera, zamknij się! – powiedział Jacek, który nieopodal oglądał jakąś laskę w Internecie za pomocą laptopa.

Nie przeszkadzało mu to, co robi Karolina (przywykł już, że ta dziewczyna kocha seks i ma różne fantazje oraz przydomek „morderczyni zahamowań”), ale po cholerę ktoś ma słyszeć, co tu się dzieje? (Kto sieje, ten zbiera, by znowu potem siać. Uprawiać seks, by wracać do świata żywych silniejszym – to jest coś, co się opłaca.) Karolina opadła na Darka. Oddychała głęboko, ale lekko. Ponieważ tak wysoko uniosła się tą miłością nie była zmęczona. Teraz była bezbronna. Nikt nie powiedział „kocham”, więc poleżała tak chwilę i wstała.
– O.K. Niedługo zaczyna się szkoła. Odwieziesz mnie?
– Gdzie?
– Do szkoły!
– Znów będą Ci pierdolić. Z kim Ty się zadajesz!
– Chrzanię to! – powiedziała, bo nienawidziła różowego.
– Wsiadaj! – Jacek wskazał ruchem głowy tylne siedzenie motoru, już naprawionego po wypadku. Ruszyli.
– Myślisz, że byłam tak dzika… – krzyczała, bo silnik motocykla przeszywał ją swoim warkotem – jak dzikim potrafi być Harry w chwilach, w których przeraża w łóżku swe dziewczyny dając im powód, do tego, by go rzucały?!!!
– A kto to jest Harry?!!! – krzyknął Jacek.
– Nie znasz go?!!! To poznasz!!! Każdy kiedyś musi!!! – powiedziała i wymamrotała pod nosem – A ja głupia myślałam, że wszyscy już go poznali…

Darek zaś dusił w sobie przekleństwa. Nagi, przywiązany do drzewa „życia i śmierci”…