Biały fartuszek

Przeczytano: 702 razy
Biały fartuszek

Biały fartuszekZ moim krzyczącym chaosem poszedłem do lekarza.

Zanim otworzyłem potężne, drewniane, pomalowane na staro-zielono drzwi, minęła przeraźliwa godzina w ciemnej, pełnej tłumu poczekalni. Gabinet nie różnił się wiele od szkaradnego korytarza za ścianą. Tak samo ciemny i zielony, z metalowo szklaną szafą na zastrzyki po jednej stronie, biurkiem z tegoż samego materiału naprzeciwko, szpitalnym łóżkiem po drugiej. Za oknem krwawe słońce właśnie rozpoczęło ucieczkę z dzisiejszego dnia, powoli wpadając do jeziora.

Oczekiwałem doktora, lecz przyjęła mnie kobieta. Nie mogłem dokładnie określić jej wieku, mrok był tak natarczywy. Odetchnąłem i usiadłem na krześle. Ona zapaliła lampę na biurku i wtedy oceniłem ją na trzydziestoletnią żonę polityka albo adwokata. Miękkie, długie dłonie trzymały ołówek, oczy bez zainteresowania pytały. Odetchnąłem i rozpocząłem swój monolog. Byłem milionowym jej gościem z przedwczesną ejakulacją, strachem przed seksem z własną kobietą i psychozą religijną, lecz teraz właśnie był mój pierwszy dzień. Rozpoczął się.
Gdy skończyłem, w jej oczach nie dostrzegłem nic.
„co mam zrobić?”- spytałem.
Ona jeszcze przez chwile przyglądała mi się, po czym wstała i podeszła do drzwi. Usłyszałem trzask zamka. Za chwilę powróciła do biurka i usiadła na jego brzegu.
„Proszę wstać”- powiedziała.

Wyprostowałem się trzy metry przed nią. Słońce rzucało ostatnie podziękowanie ziemi, tonąc beznadziejnie. Gdyby nie lampka, gabinet już dawno wypełniłby mrok.
„Proszę zdjąć spodnie”- powiedział głos.
Głos, gdyż z trudnością rozpoznawałem teraz jej kształt. Żółte światło było tuż za nią, okłamując mózg. Pomimo zdziwienia wykonałem i to polecenie. Zrzuciłem spodnie i tkwiłem tak w samych majtkach. Ona wstała i przesunęła się o metr w prawo. Teraz blask żarówki oświetlał ją. Odgarnęła włosy z czoła, światło pieściło nagi kark. Zauważyłem, że w momencie, gdy siadała, jej lekarski fartuch obsunął się opinając ciasno uda.

Gładka skóra kolan. Przestraszyłem się. Patrząc na nią poczułem, że gdzieś we wnętrzu rodzi się podniecenie. Spojrzałem w dół tam, gdzie rósł kształt mego członka. Byłem pewien, że nie uszło to jej uwagi. Spojrzałem w jej oczy, lecz nie wyczytałem z nich nic. Rutynowe działanie – przebiegło mi przez głowę.
„Widzi pan”- rozpoczęła -„pański przypadek jest szczególny” tutaj zawiesiła głos i przez sekundę świdrowała mnie czernią źrenic.
„Bardzo dobrze, że nie zwlekał pan dłużej…” – kolejna przerwa. Słyszałem jej przytłumiony oddech. Ptak krzyknął za oknem.
„Nie, niech się pan nie martwi” – uspokajała ” wszystko będzie w porządku, jednak potrzebne jest natychmiastowe działanie. Zaraz wytłumaczę, na czym ono polega”
Mówiąc to wstała z biurka i podeszła do mnie.
„Proszę nic nie mówić, tylko oddychać głęboko ” – rozkazała. Zamknąłem oczy.
„Oddychać”, szept. Była blisko, czułem jej włosy tutaj.
Nagle znowu oddaliła się i usłyszałem trzask wyłącznika lampki. Otworzyłem oczy. Gabinet zalała ciemność. Otworzyłem usta, aby zaprotestować, jej ciemny kształt zbliżył się.
„Metoda, którą zaraz wykorzystam” – kontynuowała cicho, tak blisko głodnego ucha. „wymaga bezwzględnego posłuszeństwa. Proszę nie zadawać pytań, od tego zależy pańskie zdrowie”








Księżyc wypłynął w swoją świętą podroż i wlał srebro do pokoju. Kobieta przykucnęła i poczułem jej oddech na udach. Zamknąłem oczy. Jej dłonie rozpoczęły wędrówkę od moich kolan i teraz powoli posuwały się w górę. Ich ciepłe wnętrza powoli wciskały się pomiędzy nogi, gdy nawiedził mnie ból pożądania. Oddychałem ciężko. Czułem żar w lędźwiach. Jej oddech wzniósł się i lepka wilgoć jej warg przylgnęła do materiału w miejscu gdzie wybrzuszył go twardy członek. Jej usta objęły go, jej dłonie powędrowały na moje plecy, a palce wniknęły pod majtki. W chwile potem poczułem, jak zsuwa je w dół uwalniając demona, który wyprężył się drgając. Otworzyłem oczy i popatrzyłem w jej szeroko rozwarte źrenice. Dyszała, a jej głos gubił się wśród szumu wiatru
„Proszę zdjąć koszule”- wyszeptała, wkładając dłoń pomiędzy moje uda.
Zrzuciłem koszule i zanurzyłem ręce w jej włosach. Jej dłoń objęła moje jądra i zacisnęła się na nich. Druga ręka zamknęła się na nasadzie członka i powoli zsunęła z niego skórę. Zbliżyła się bardziej i poczułem jej rzęsy na żołędziu.

Jej usta rozwarły się, a ja przyciągnąłem jej głowę do siebie, aż jej wargi i czoło zetknęły się z podbrzuszem. Czułem jej język zataczający mokre koła gdzieś wewnątrz. Przez kilkanaście sekund kierowałem jej głową, aż ona podniosła się. Stanęła tyłem i wskazała mi szereg guzików kitla, niknący w cieniu kosmosu dalej. Zacząłem je rozpinać i kiedy byłem w połowie drogi fartuch odpal. Pochyliła głowę zabierając szaleństwo włosów, całowałem jej kark. Jej plecy w połowie przecięte bielą stanika i tak samo rozdzielone pośladki oddzielały się brązem od jasnej bielizny. Rozpiąłem stanik, który spadł na podłogę. Objąłem jej duże i gorące piersi i zacisnąłem palce na sutkach. Przez chwile pieściłem ją w ten sposób, wsłuchując się w jej chropowaty oddech. Była mroczna. Wygięta, jej pośladki zamknęły go pomiędzy sobą. Nagle odwróciła się. Wzięła moją dłoń i położyła na swoim brzuchu.
„Teraz nastąpi bardzo ważny moment w całej kuracji” – szepnęła słabo. „będzie pan uważnie przyglądał się ” – kontynuowała, ciągnąc moją dłoń w dół. Wsunęła ją pomiędzy swoje uda i poczułem, że jej bielizna jest wilgotna. Zacząłem ugniatać tą wilgoć i pieścić ją otwartą dłonią. Po chwili i ona stała się mokra.
„Teraz jest czas, aby z bliska ocenił pan rezultaty” – odurzona szeptała i pomagając sobie drugą ręką zsunęła majtki.

Otwarła biodra i oparła się o szkło szafki. Uklęknąłem pod nią.
„Ten…ten moment”- powtarzała, gdy przywierałem ustami do jej krocza.
Jej kolana poczęły drżeć. Całowałem ją powoli, gdy stawała się mokra i tysiąc razy gorąca. Poczułem zapach kobiety. Jedna jej dłoń wbiła się w moje włosy, a druga zacisnęła na ramieniu. Przyciągała mnie blisko, znacząc plecy czerwonymi liniami.
„Słyszysz?” Po chwili poczułem, jak zsuwa się nisko.
„Słyszysz?”- cisza.
Odsunąłem się, a ona przywarła do podłogi. Jej oczy patrzyły nieprzytomnie. Po chwili uniosła się i zbliżyła do mnie. Zaczęła całować moje czoło i usta, suche od żaru i schizofrenii, szalone.
„Kochany” szeptała „kochany”.
„Kochana” – mówiłem zanurzony w jej włosach.
„Kochana” mówiłem całując jej oczy i wiersze.

Księżyc schował się gdzieś umarły, tylko nasze oddechy mówiły, że to ludzie. Nasze dłonie przywarły do siebie i usta rozpoczęły swój taniec. Nie wiem kiedy znów całowałem jej szyje. Uklęknęła ponad i powoli, tajemnica, zaczęła schodzić w dół. Czułem, jak wbijam się w nią aż nasze włosy połączyły się chichocząc. Teraz przywarliśmy do siebie, jej brzuch i piersi zmiażdżone o mój tors. Patrzyła mi w oczy unosząc się i opadając, a ja pytałem się boga, dlaczego pozwala, aby było tak dobrze. Nasze usta na nowo odnalazły się i mówiła mi, o czym myśli, była głębia i rozumiałem to. Wstała nagle i pociągnęła mnie za sobą. Zanurzyliśmy się w krochmalonym powietrzu i w puchu. Opadła na łóżko zapraszając nocny strach na opowieść. Dotknąłem jej czoła i posuwałem niżej, aż odnalazłem przesiekę wśród wzgórz żółtych czap. Przepuściłem kolejno cztery czółna aborygenów i zacisnąłem zęby na sutkach. Krzyczała, kiedy wschodziło słonce. Jego tajemniczy blask oświetlił mi drogę i znów byliśmy razem.

„Kochany” szeptała, gdy składałem nas w ofierze, „kochana” mówiłem zanurzony w jej włosach.